! News

5 płyt, do których chętnie wracam: JEREMY PELT

Obrazek tytułowy

Fot. Kasia Idźkowska

Śmieje się na określenie „wschodząca gwiazda”. Na trąbce gra od ósmego roku życia, zaczynał w Mingus Big Band, nagrał 16 płyt, pierwszą w 2002 roku. Jest szanowanym mentorem młodszych muzyków, między innymi Roxy Coss. Inspirację czerpie z… opery. Oprócz swojego kwintetu, który z powodzeniem łączy postbopową klasykę z progresywnym, swingująco-soulowym jazzem, współtworzy też, i aktywnie koncertuje, z sekstetem Black Art Jazz Collective, polityczno-muzyczną formacją stworzoną, aby promować i podtrzymywać afroamerykańskie wartości. Z Jeremym Peltem rozmawiała w zeszłym roku Basia Gagnon w kultowym The Ronnie Scott's Club w Londynie.

(Opisy albumów: Redakcja)

1. Miles Davis - Kind of Blue (1959)

81O-f8VghNL._SL1500_.jpg

Dziewięć godzin w studiu i cztery szpule taśmy. O tym albumie powiedziano i napisano pewnie wszystko. Boleśnie banalnie brzmi dziś fraza, że to jedna z najważniejszych (w wielu zestawieniach number one) płyt jazzowych wszechczasów. Na pewno absolutnie doskonały był sekstet, który towarzyszył Milesowi w nagraniu: saksofoniści John Coltrane i Cannonball Adderley, perkusista Jimmy Cobb, basista Paul Chambers i pianista Bill Evans. 46 minut ich improwizacji opisano w dwóch książkach, ba, nawet pojawiły się powieści z nią związane. Dla fanów jazzu biblia, kamień milowy i najbardziej jaskrawy dowód geniuszu Milesa. Bardzo przytomnie skomentował znaczenie tego albumu Andy Battaglia, recenzent raczej niejazzowego serwisu Pitchfork, przy okazji ekskluzywnej reedycji w 50. rocznicę premiery — dla niektórych jest to arcydzieło tak przytłaczające w swoim efekcie, że sprawia, że reszta „jazzu” jest obca (lub przynajmniej rozsądnie odłożona do późniejszego momentu, kiedy jest się starszym lub bardziej cierpliwym). Dla innych to znak rozpoznawczy, którego status arcydzieła nie może zaszkodzić dalszej eksploracji gatunku. Tak czy inaczej, wszystkim się podoba. Quincy Jones twierdzi, że słucha tej płyty codziennie. Koniecznie trzeba chociaż raz. (Recenzja Rafała Garszczyńskiego w Kanonie Jazzu)


2. Duke Ellington - Such Sweet Thunder (1957)

51Y4+rkHsqL.jpg

Nomen omen książę, jeśli nie król jazzu i jeden z najważniejszych amerykańskich bohaterów (setną rocznicę jego urodzin w 1999 roku fetował cały kraj). Historia orkiestry Duke’a Ellingtona to na dobrą sprawę poważna część muzycznej opowieści o XX. wieku. Style, techniki interpretacyjne oraz brzmieniowe, jakie wprowadzał Ellington, po dziś dzień stanowią wybitne osiągnięcia. Natomiast album Such Sweet Thunder to zdaniem znanego krytyka A.B. Spellmana — jeden z najbardziej niezwykłych utworów orkiestrowych w całej muzyce amerykańskiej. Ellington i jego długoletni muzyczny partner Billy Strayhorn przez 30 lat wspólnej pracy mieli unikalny talent przekształcania muzyki popularnej — ragtime’u, bluesa — w sztukę wysoką i jednocześnie tworzenia z niej tanecznego, swingującego jazzu. Such Sweet Thunder jest w całości inspirowany twórczością Williama Shakespeare’a. Jedenaście utworów dedykowanych bohaterom jego dramatów jak Otello czy Lady Makbet, i jeden złożony w hołdzie bezpośrednio autorowi Hamleta.


3. Carmen McRae - Live at the Dug

952f3b3a1fe941bfc1efa671900f1675.jpg

Miłośnicy jazzu często mówią o „świętej trójcy” wokalistek: Billie Holiday, Ella Fitzgerald i Sarah Vaughan. Wielu jednak twierdzi, że ten panteon powinna uzupełniać Carmen McRae. W przeciwieństwie do wielkich koleżanek była również utalentowaną pianistką pozostającą do końca kariery pod urokiem Theloniousa Monka. Wokalnie jednak punkt odniesienia stanowiła dla niej Billie Holiday, którą poznała osobiście w wieku 17 lat. W ciągu swojej długiej i owocnej kariery Carmen McRae pracowała z największymi osobistościami jazzu. Uczestniczyła w projekcie „The Real Ambassadors” Dave'a Brubecka, występowała w duetach z Sammym Davisem Jr i kolejnym bohaterem dzieciństwa – Louisem Armstrongiem. Jako wokalistka Carmen McRae była ekspertem od rytmu, zręcznego frazowania i osobistych, słodko-gorzkich ballad. Żeby być ścisłym, posługiwała się ciemnym, enigmatycznym kontraltem o bardzo dużej skali. Dziś najbardziej znane kontralcistki to m.in. Sade, Beyoncé, Alicia Keys, Annie Lennox, Adele, Patti Smith i Amy Winehouse.


4. Nat “King” Cole - Live at the Sands

MI0000638297.jpg

Las Vegas, Hotel The Sands (podobno tu Frank Sinatra założył legendarną Rat Pack), 14 stycznia 1960 roku, 2:30 nad ranem. Specjalny występ po godzinach dla przyjaciół i artystów, którzy nie mogli zobaczyć jego regularnych występów z powodu własnych obowiązków koncertowych. Tylko on i fortepian - Nat „King” Cole. Właściwie Nathaniel Adams Coles, bo pod takim nazwiskiem urodził się w Alabamie w 1919 roku. Na początku kariery znany był przede wszystkim jako wyśmienity pianista jazzowy. Podziwiał go sam Art Tatum, a jego indywidualnym językiem muzycznym inspirował się nawet Oscar Peterson. Jednak podobnie jak Louis Armstrong, do historii przeszedł raczej jako artysta popowy. Spotkała go za to, rzecz do przewidzenia, ostra krytyka ze strony środowiska, z którego się wywodził, choć zapewniał nieustannie, że „jego serce należy tylko do jazzu”. Podobno, by utrzymać to wyjątkowe brzmienie głosu, Cole dbał o to, żeby codziennie wypalać przynajmniej trzy paczki mentolowych papierosów. Więcej niż prawdopodobne, że właśnie taki styl życia przyczynił się do przedwczesnej śmierci artysty na raka płuc w wieku 46 lat.


5. Count Basie - Live at Birdland

R-3374787-1327887504.jpeg.jpg

W historii muzyki jazzowej jest tylko jeden lider zespołu, który wyróżnia się tym, że jego orkiestra nadal działa i wyprzedaje koncerty na całym świecie. Każdy z grających dziś w tej 18-osobowej orkiestrze został wybrany przez nieżyjącego już od 30. lat „Króla swingu”!. Pianista i lider William James „Count” Basie był i pozostanie amerykańską instytucją, która uosabia wielkość i doskonałość jazzu jak Ella Fitzgerald, Frank Sinatra, Dizzy Gillespie (z którymi zresztą występował). The Count Basie Orchestra zdobyła 18 nagród Grammy, występowała dla koronowanych głów i światowych przywódców. Niektórzy z największych solistów, kompozytorów, aranżerów i wokalistów w historii jazzu jak Lester Young, Billie Holiday, Frank Foster, Thad Jones, Sonny Payne, Freddie Green, Snooky Young, Frank Wess i Joe Williams, stali się międzynarodowymi gwiazdami, gdy dostali się do zespołu. Na albumie z okazji 80. urodzin orkiestry wystąpili m.in. Stevie Wonder, Take 6, Joey DeFrancesco i Kurt Elling. Jeśli dziś chcielibyśmy dotknąć tego fenomenu to tylko z koncertu w legendarnej świątyni gatunku, nowojorskim klubie Birdland.


9 kwietnia koncertem w Katowicach (NOSPR) Jeremy Pelt rozpocznie polską część swojej europejskiej trasy promującej najnowszy album Jeremy Pelt: The Artist (HighNote Records), który swoją światową premierę miał 8. lutego

Jeremy Pelt Quintet wystąpi także w Białystoku (10.04), Radomiu (11.04), Legnicy (12.04) i Warszawie (13.04)

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO