Paweł Mańka
! Wywiad

Maciej Kitajewski: Melodie do zaśpiewania

Obrazek tytułowy

fot. Maria Jarzyna

MACIEJ KITAJEWSKI TRIO – LONGING MINIATURES

Maciej Kitajewski – basista, do którego jeden z mroczniejszych okresów ostatnich dekad szeroko się uśmiechnął. To właśnie w felernym 2020 roku zdecydował się na powołanie do życia własnego tria, a także na wzięcie udziału w programie Narodowego Instytutu Muzyki i Tańca Jazzowy debiut fonograficzny, co finalnie poskutkowało wydaniem jego pierwszego autorskiego wydawnictwa LongingMiniatures. Ma 28 lat, kończył „katowicki jazz” w klasie Michała Barańskiego i dobrze wie, że relacja z czterema strunami bywa przewrotna. Zniechęcony kontrabasem w początkach edukacji muzycznej zarzucił go na rzecz elektrycznej basówki, by później znów zmierzyć się z tym gigantem wśród chordofonów smyczkowych. Jak na basistę przystało, prowadzi bogate w kolaboracje życie sidemana – w zespołach m.in. Adama Jarzmika, Pawła Palcowskiego i New Brand Quintet.

Marta Goluch: Longing Miniatures – zbiór tęsknot za czym?

Maciej Kitajewski: Miniatury tęsknoty powstały w czasie pandemii, kiedy cały artystyczny, więc również muzyczny, świat stanął w miejscu. Wszystkie utwory znajdujące się na tym albumie powstały w tym okresie, są więc odbiciem mojej osobistej – jak i z pewnością wszystkich artystów – tęsknoty za występowaniem na scenie, dzieleniem się energią ze słuchaczami i wspólnym przeżywaniem dźwięków. Wszelkie formy zastępcze, które pojawiły się w dobie koronawirusa, w większości w formie programów czy koncertów online, nie są w stanie zastąpić bezpośredniego kontaktu z ludźmi, choć oczywiście w tym trudnym czasie były skutecznym półśrodkiem.

Sześć z ośmiu kompozycji jest twojego autorstwa. Obok nich twoja interpretacja Nardis Davisa i utwór Event Horizon, który w dużym uproszczeniu był wynikiem przypadkowego znaleziska za sprawą inspiracji Hawkingiem. Stąd pytanie, jakie jest miejsce Miniatur tęsknoty w czasoprzestrzeni?

Temat kosmosu jest dla mnie ogromnie fascynujący od wielu lat. Chociażby utwór Thea został zatytułowany na cześć cichego bohatera, o którym niewielu ludzi wie, a dzięki któremu dzisiejszy świat, nasza planeta, wygląda jak wygląda. Podczas lektury Krótkiej historii czasu Hawkinga natrafiłem na temat horyzontu zdarzeń. Uznałem to zagadnienie za świetny pomysł na tytuł utworu, ale najpierw postanowiłem sprawdzić, czy ktoś nie wpadł na to przede mną. Niestety znalazłem piosenkę o tym tytule i z ciekawości włączyłem. Potem odsłuchałem ją jeszcze chyba z 10 razy. Zrobiła na mnie ogromne wrażenie, uważam, że śmiało mogłaby stanowić temat analizy na jakichś zajęciach na akademii muzycznej. Autorem utworu jest Ethan Gruska, amerykański piosenkarz. W zasadzie gramy ten utwór na płycie jeden do jednego jak w oryginale (oczywiście z uwzględnieniem instrumentarium tria), jest tak ściśle przemyślany, że jakakolwiek ingerencja wyszłaby mu tylko na złe.

Styl reprezentowany przez ciebie na tej płycie jest dosyć minimalistyczny i dzięki temu zupełnie „nienachalny”. Wyszedłeś z założenia, że mniej znaczy więcej?

We współczesnym jazzie istnieje tendencja do pisania bardzo rozbudowanych, skomplikowanych kompozycji. Ja chciałem osiągnąć coś całkiem odwrotnego, coś, co formą będzie przypominało bardziej standardy jazzowe, które w większości są piosenkami, a więc ich melodie musi się dać zaśpiewać. Moje utwory, podobnie jak standardy jazzowe, mają też dość jasną, zwartą formę, po której improwizujemy. Oczywiście charakter utworów jest inny, ale koncepcja komponowania ta sama. Uważam, że to podejście, w połączeniu z wolnością w improwizacjach, tworzy ciekawy efekt kontrastu, kiedyś oczywisty, a dzisiaj coraz rzadszy.

Czy komponowanie na skład zwany czasem „klasycznym jazzowym triem fortepianowym”, jaki stworzyliście z Szymonem Madejem i Franciszkiem Raczkowskim, było wyzwaniem?

Komponowanie było dla mnie wyzwaniem w ogóle. Od około dwóch lat na poważnie zająłem się nauką kompozycji. Przedtem podejmowałem próby pisania utworów, ale w zasadzie wszystkie lądowały w koszu. Komponowanie jest umiejętnością, mimo że często funkcjonuje romantyczny mit o twórcy inspirującym się pięknym krajobrazem, zachodem słońca itd. Oczywiście kiedy ma się już warsztat, różne rzeczy mogą nas natchnąć, ale na początku zawsze jest czysta wiedza. Zacząłem więc spisywać utwory, które mi się podobają, później analizować je pod kątem idei, pomysłów. I tak po pewnym czasie powstał mój pierwszy utwór Thea, który uznałem za całkiem udany i ostatecznie znalazł się również na płycie. Potem pojawiły się kolejne kompozycje, a jedna z nich ostatecznie zamieniła się w aranż standardu Milesa Davisa Nardis.

Ten skład powstał z potrzeby serca i chęci wypowiedzenia się własnym językiem. Jak pracowało ci się w twoim pierwszym osobistym profesjonalnym zespole?

Początki zawsze są trudne, nie inaczej było w tym przypadku. Miałem konkretną wizję, jak powinny brzmieć utwory, które napisałem, a pierwsze próby zagrania ich w triu odbiegały nieco od moich wyobrażeń. Po jakimś czasie zrozumiałem, że jazz to muzyka„żywa”, zależna przede wszystkim od osób, które ją wykonują. To odróżnia ją od innych rodzajów muzyki. Można na przykład powiedzieć perkusiście, żeby zagrał swing, a mimo to różni bębniarze zagrają inaczej, chociaż cały czas w tej samej stylistyce. Ostatecznie jestem bardzo zadowolony z tego, jak brzmią te utwory teraz, bo brzmią lepiej niż w mojej głowie na początku. Poza tym bardzo dużo nauczyło mnie doświadczenie prowadzenia własnego zespołu. Jako basista grający najczęściej dla innych uważam, że bycie liderem pozwala dużo lepiej zrozumieć rolę sidemana w czyimś zespole.

Czy ten zespół powstał dzięki zaufaniu, które budowało się w miarę wymieniania się przez was różnymi swoimi koncepcjami?

Już od dawna czułem potrzebę założenia swojego zespołu, realizowania własnych pomysłów. Grając w innych zespołach, czasami czułem, że mam lepszy pomysł na jakiś utwór czy jego fragment, i bywałem lekko sfrustrowany, gdy lider postanawiał zrobić jednak na odwrót. Mając własny zespół, mogę o wszystkim decydować, mieć ostatnie słowo, oczywiście jednocześnie będąc otwartym na sugestie pozostałych muzyków, których dobór był przeze mnie mocno przemyślany. Jestem absolutnym fanem Franka Raczkowskiego, który na mojej płycie gra na fortepianie. Współpracowaliśmy razem przez jakiś czas w triu Franka, a także w innych projektach. Jego wybór był dla mnie oczywisty również dlatego, że utwory z Longing Miniatures są w pewnym stopniu inspirowane muzyką poważną, a Franek studiował jednocześnie jazz i klasykę, więc byłem pewien, że poczuje, o co mi chodzi w tej muzyce. Natomiast Szymon Madej jest bardzo doświadczonym, stuprocentowym profesjonalistą, czuje się dobrze niemal w każdym gatunku, co było kluczowe, gdyż utwory na mojej płycie, mimo że utrzymane w jednym idiomie, zahaczają o różne stylistyki, w szczególności w kwestii rytmu. Obydwaj, mimo że są muzykami rozchwytywanymi, zaangażowali się mocno w ten zespół i prace nad płytą.

kitajewskiplyta.jpg

Na twoim debiucie echem odbiła się pandemia i związane z nią obostrzenia dotykające bezpośrednio świata muzyki. Ta płyta jest wyrazem rozgoryczenia w związku z tą sytuacją, a może bardziej nadziei?

Szczerze mówiąc, pandemia nie wywołała u mnie jakichś większych emocji. Zaakceptowałem ten fakt i starałem się robić, co mogę, w panujących warunkach. Oczywiście tęskniłem za powrotem na scenę, ale wiedziałem, że prędzej czy później to wróci. Tytułowa tęsknota bardziej odnosi się do czasu, w którym powstawały te utwory, niż do samych odczuć związanych z zamknięciem. Mam nadzieję, że już za niedługo świat wróci do normalności, a mój album będzie wywoływać wspomnienia o tym, jakie to kiedyś były dziwne czasy.

Muzyka ma sens wtedy, gdy nie gra się jej za zamkniętymi drzwiami. Niestety przez pandemię przyszło nam tworzyć ją właśnie w takich warunkach. Jak wraca się na scenę po tym okresie zaszycia się z dźwiękami w czterech ścianach?

Powrót na scenę, a przede wszystkim przed żywą publiczność, był przeze mnie bardzo wyczekiwany. Przed wybuchem pandemii granie koncertów i częste podróżowanie były czymś zupełnie normalnym, czymś, do czego przywykłem, nawet w sensie fizycznym. Pamiętam, że po pierwszym wyjeździe koncertowym po poluzowaniu obostrzeń odpoczywałem cały następny dzień. Wielu moich kolegów miało podobnie. Przez te miesiące zdążyliśmy się odzwyczaić od tego wysiłku i stresu. Jeśli chodzi o czas lockdownu, to jestem osobą, która nie przejmuje się rzeczami, na które nie ma wpływu. Potraktowałem ten okres jako dobry moment na ćwiczenie, samodoskonalenie się muzyczne. I nie tylko. Tak się szczęśliwie złożyło, że otrzymałem nagrodę Instytutu Muzyki i Tańca w konkursie Jazzowy debiut fonograficzny właśnie w okresie niekoncertowym, w związku z czym mogłem skoncentrować się stricte na pracy nad albumem Longing Miniatures.

Płyta miała swoją koncertową premierę podczas festiwalu Warsaw Summer Jazz Days. Czy na horyzoncie już kolejne upragnione występy?

To było dla mnie bardzo duże wyróżnienie i zaszczyt – móc wystąpić na wspaniałym festiwalu, jakim jest Warsaw Summer Jazz Days, i zagrać swój premierowy koncert w legendarnym klubie Stodoła. Był to skok na głęboką wodę, gdyż to nasz pierwszy koncert w ogóle i od razu przed tak liczną, kilkusetosobową publicznością. Zagraliśmy przed triem Johna Patitucciego, muzyka, o którym pisałem pracę licencjacką, więc tym bardziej było to dla mnie duże przeżycie. Obecnie pracujemy nad koncertami jesiennymi, oczywiście jeśli wiadoma sytuacja nie pokrzyżuje nam planów.

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO