fot. Mark Gregson
Trio GoGo Penguin pojawi się kwietniu w Polsce, by zaprezentować koncertową wersję swojego najnowszego albumu Necessary Fictions, którego motywem przewodnim jest refleksja nad autentycznością, nie tylko osobistą, lecz także zespołową. Przy okazji najnowszego wydawnictwa grupa z Manchesteru skrzętnie korzystała z elektrycznego basu, syntezatorów, a także zaprosiła do współpracy skrzypaczkę Rakhi Singh, zespół smyczkowy Manchester Collective oraz wokalistę Daudiego Matsiko. Założyciele brytyjskiej grupy – pianista Chris Illingworth oraz basista Nick Blacka opowiadają o maskach zrzuconych w trakcie prac przy Necessary Fictions, a także pochylają się nad swą niemal 15-letnią karierą muzyczną.
Rafał Marczak: Nick, czytałem twoją wypowiedź, że Necessary Fictions to najtrudniejszy materiał w historii GoGo Penguin, jaki przyszło ci grać!
Nick: To prawda, nasz materiał rozwinął się pod względem technologicznym. Gram na syntezatorze Moog Grandmother, który mieliśmy już na Everything Is Going to Be OK, ale teraz jest to jeszcze bardziej złożone, gdyż wykonuję zaawansowane partie klawiszowe, a także używam dodatkowego pedału. Necessary Fictions pozwoliło mi rozwinąć się w tej dziedzinie – nie mam problemu z tym, żeby przyznać, że podczas pierwszych koncertów z naszej pierwszej trasy z tym materiałem w USA mocno się stresowałem, bo opanowanie tego było dość wymagające. Teraz już czuję się bardziej komfortowo i nasz set koncertowy idzie naprawdę dobrze. Później graliśmy w Manchesterze czy Londynie i były to udane występy, więc nie mogę doczekać się nadchodzącej trasy.
Nie korzystamy z nowych rozwiązań na pokaz, ale dlatego, że podoba nam się ich brzmienie i dobrze sprzyjają muzyce. Poprzez użycie syntezatorów czy technologii nie rezygnujemy z tego, co robiliśmy do tej pory – traktujemy je raczej tak, jak malarz korzystający z nowych kolorów. Dostarczamy sobie nowych ścieżek i opcji – obecnie gram zarówno na kontrabasie, basie elektrycznym, jak i Moogu. W procesie twórczym decydujemy, który z nich najlepiej pasuje utworowi.
Motywem przewodnim nowego albumu jest autentyczność i zrzucanie nakładanych przez lata masek...
Chris: Myślę, że w przeszłości zdecydowanie częściej zastanawialiśmy, czy możemy coś zrobić, czy nie. To dziwne – skądtak naprawdę bierze się ten „głos”, który to mówi? Przecież zawsze mieliśmy duże wsparcie wytwórni, managera, przyjaciół i fanów, ale gdzieś w głębi drzemało w nas poczucie oczekiwań względem zespołu czy poszczególnych muzyków. Sądzę, że istnieje sporo osób tworzących, które rezygnują z własnej szczerości w obawie przed oceną innych. W naszym przypadku kluczowe było przezwyciężenie tych obaw, co pozwoliło nam pójść dalej. Przecież lubimy korzystać z elektroniki i synthów, zarówno wplatać elementy improwizacji, jak i pisać utwory, które w ogóle ich nie zawierają. Warto być pewnym tego, co chcemy osiągnąć. O ile czujemy w tym emocje i sens, wierzymy, że nasi odbiorcy również to docenią.
Po raz pierwszy GoGo Penguin zaprosił do współpracy wokalistę, Daudiego Matsiko, który już w 2016 roku był waszym fanem i otwierał wasze koncerty.
Nick: To wyszło bardzo naturalnie, bo przyjaźniliśmy się właściwie, odkąd Daudi nas odkrył. Gdy zbieraliśmy pomysły na album, Chris miał pomysł na utwór, nad którym pracowaliśmy w studiu. Początkowo nie myśleliśmy jeszcze o wokalu, ale rozważaliśmy coś dodatkowego w stylu nagrań terenowych, sampli lub może słowa mówionego. Braliśmy pod uwagę sporo opcji, ale doszliśmy do wniosku, że Daudi mógłby sprawdzić się tu najlepiej. Akurat był pod ręką, więc spotkaliśmy się z nim u mnie, wtajemniczyliśmy go we wstępny koncept płyty o zrzucaniu masek i byciu prawdziwym. Tydzień później Daudi wysłał nam tekst – wszystko potoczyło się sprawnie, co tylko upewniło nas co do słuszności tego pomysłu.
To nie koniec nowości – sięgacie też po skrzypaczkę Rakhi Singh i ansambl smyczkowy Manchester Collective. Kto zaaranżował ich partie?
Chris: Aranżacje są naszym dziełem. Rakhi pomogła nam przy Luminous Giants przy motywie przewodnim skrzypiec – to był jej pomysł, choć od początku podobało się jej to, co sami zaproponowaliśmy. Jednak podeszła do tego w ciekawy sposób i zapytała, czy może do tych ścieżek poimprowizować. Grała godzinami, nie pisząc partii, lecz próbując zorientować się, dokąd ją ta improwizacja zaprowadzi. Niektóre z tych części nie do końca odpowiadały naszej wizji, inne pasowały doskonale, a na jeszcze inne nigdy nie wpadlibyśmy sami.
Niemniej jednak zarówno tu, jak i w przypadku State of Flux instrumenty smyczkowe rozpisaliśmy sami. To była niesamowita frajda, bo nigdy wcześniej tego nie robiliśmy. Przyszło to do nas naturalnie – pomyśleliśmy „OK, podoba nam się to brzmienie”.Pamiętam pierwsze szkice tego numeru, od początku chodziło w nim o smyki! Wysyłając to Nickowi, w głowie miałem kiczowate brzmienia smyków z lat 90. i ich świetny klimat. Ostatecznie stwierdziliśmy, że czemu w sumie nie zaprosić do nagrania zespołu smyczkowego z prawdziwego zdarzenia?!
Stworzyliście wokół siebie niezłą klikę z Manchesteru!
Chris: Daudi akurat nie jest z Manchesteru [śmiech]. Ale pozostali już tak! Fajnie, że tylu świetnych i kreatywnych ludzi jest na miejscu. Nie chcę wypowiadać się za Nicka, ale myślę, że przeprowadził się tu z tego samego powodu, co ja. Manchester jest cool, odbywa się tu sporo kreatywnych inicjatyw, co przyciągnęło nas i przekonało do przeprowadzki tutaj. Wcześniej – jeszcze się wtedy nie znaliśmy – przyjeżdżaliśmy do miasta z Yorkshire ze względu na koncerty, bo u nas niewiele się działo.
Mam wrażenie, że odkrywacie też inne lądy niż kiedykolwiek – nawiązuję do Naga Ghost i trapowych bitów z elementami R&B.
Nick: Naga Ghost faktycznie jest szalony – zaczyna się akustycznie, przeobraża się elektronicznie i zmierza do dość ciężkiego zakończenia. To też jeden z utworów, w których chwilowo zamieniamy się z Chrisem rolami. Ja odtwarzam jego partie na synthach, a on niejako wskakuje na bas. Gdy mówiliśmy wcześniej o najtrudniejszych do zagrania momentach tego seta, ten z pewnością do nich należy, gdyż jest dość zawiły.
To drugi longplay nagrywany z perkusistą Jonem Scottem, czy można już powiedzieć, że jest on pełnoprawnym członkiem grupy?
Nick: Sądzę, że Jon zgodziłby się z tym, że kiedy nagrywaliśmy Everything Is Going to Be OK, wciąż był dość krótko z nami i chyba nie zdawał sobie jeszcze sprawy z tego, co to znaczy tworzyć album GoGo Penguin [śmiech]. Oczywiście nie nawiązuję tu do jego grania, lecz do tego, jak przesadnie drobiazgowi potrafimy być. Teraz już ma tego świadomość i podejrzewam, że również słyszy różnicę w swojej grze na nowej płycie. Jon jest teraz na pewno bardziej zakorzenionym członkiem zespołu, w pełni się z nami zintegrował, złapał dodatkową pewność siebie i sam wnosi coś od siebie. Myślę, że coś takiego może jedynie zrodzić się ze wspólnego koncertowania. Po tym, jak odszedł Rob (Turner), pojawiło się nie lada wyzwanie, żeby znaleźć zastępstwo perkusisty do tak dobrze zgranego tria. Wiedziałem, że by to zbudować, musisz ruszyć w trasę i koncertować jak najwięcej się da. Teraz czuję, jakby Jon był z nami od zawsze.
Które momenty na Necessary Fictions są, według was, najbardziej szczere?
Nick: Dobre pytanie!
Chris: Ale zarazem bardzo trudne! Na pewno wymieniłbym What We Are and What We Are Meant to Be… choć myślę też o Naga Ghost – z jednej strony ten beat jest faktycznie bardziej trapowy, ale przecież nie tak dawno, bo na GoGo Penguin, nagraliśmy przecież Atomised...
Świetnie bawiliśmy się przy pisaniu Naga Ghost i wcale nie wydawał nam się tak odjechany. Nieco inaczej było z What We Are…, ponieważ ma bardzo mroczną naturę, jakiej nigdy wcześniej nie eksplorowaliśmy. Dodatkowo jest bardzo taneczny przez te kopy synthów, które procesujemy na żywo podczas koncertów. Wówczas odnosi się wrażenie, że piano, bębny i bas wchłonęły elementy elektroniczne – to elektronika stanowi dla nich strukturę, a nie na odwrót. Co dziwne, gdy gramy ten utwór na koncercie, publiczność zdaje się nie wyczuwać, że odstaje on od reszty seta.Ja odbieram to zupełnie inaczej i moment, w którym to wrażenie się pojawiło, uświadomił mi, że musimy być naprawdę szczerzy. Miałem wrażenie, że dość mocno odbiegamy od tego, co robiliśmy do tej pory, ale działo się to w fascynujący, przyjemny i jednocześnie przerażający sposób.
Nick: Zgadzam się z Chrisem, ale może wskazałbym jeszcze otwierający kawałek Umbra. Przez lata znajomi muzycy żartowali, że moje granie na basie jest zbyt agresywne. Mało tego, niektóre recenzje zwracały na to uwagę! Najpierw się temu dziwiłem, a następnie to zaakceptowałem, więc szczerze przyznam, że lubię duszki (ghost notes – przyp.red.) i surowość moich partii w Umbrze. W ten sposób mierzę się z tą stroną mojej osobowości – jest w tym coś zupełnie szczerego.
W przyszłym roku minie 15 lat od założenia GGP – regularnie wydajecie muzykę autorską, koncertujecie na całym świecie, graliście na takich imprezach jak Coachella, Fuji Rock czy Warsaw Summer Jazz Days… Rozmyślacie czasem nad waszą drogą czy nie macie na to czasu?
Nicky: Nigdy nie braliśmy żadnej z tych rzeczy za pewnik. Ciężko pracujemy, sporo w to zainwestowaliśmy, ale jednocześnie wiemy, jak wiele szczęścia mieliśmy. Wyjście na scenę i obserwowanie, że ludziom się to podoba, jest wielką nagrodą. Czasem jesteśmy w swojej bańce, piszemy utwory czy godzinami pracujemy w studiu i nie myślimy o tym wszystkim, po czym nagle nasze dzieło wychodzi na świat i okazuje się, że ma dla kogoś znaczenie. To niesamowite uczucie. Niemniej jednak obok płynie życie. Nie zdajesz sobie sprawy, że się starzejesz i zmieniasz dopóty, dopóki ktoś nie pokaże ci zdjęcia sprzed 10 lat!
Chris: „Wow, patrz, jaki byłem szczupły!” [śmiech]. Ostatnio dostaliśmy takie zdjęcie z fanami z Francji po koncercie w Ukrainie – mogłem na nim zobaczyć, co życie w trasie ze mną zrobiło! Wtedy T-shirt jeszcze ładnie się na mnie układał [śmiech]. Oczywiście przesadzam, ale czasami bywają takie zabawne momenty, gdy nagle dociera do nas, że sporo wspólnie przeszliśmy. To akurat lubię w moim telefonie – regularnie generuje mi wspomnienia sprzed lat i pokazuje miejsca, w których byłem danego dnia. W 90 procentach przypadków pochodzą one z trasy, co tylko uświadamia mi, jak wiele dokonaliśmy.
Nick: Pandemia pokazała nam wszystkim, co straciliśmy… Kiedy wróciliśmy do koncertowania, szczególnie biorąc pod uwagę, że w tym czasie zmienił się nasz skład, byliśmy niesamowicie wdzięczni, że znów możemy grać. Poświęciliśmy naprawdę sporo dla zespołu, mamy nadzieję, że publiczność to czuje i docenia, bo wciąż mamy mnóstwo energii, by grać tak długo, jak tylko to możliwe.
Zaczynaliście skromnie – Nick, znalazłem w sieci twoją relację z pierwszego zagranicznego koncertu w Stambule, z którego pospiesznie wracaliście, by zdążyć zagrać na weselu!
Nick: Na samym początku nie mieliśmy niczego – pieniędzy, salki prób, włóczyliśmy się z miejsca na miejsce, włącznie z robieniem prób w moim salonie. Każdy zespół boryka się z podobnymi przeszkodami, ale byliśmy gotowi na poświęcenia, żeby tylko coś wspólnie zrobić. To było trudne, bo naprawdę nie mieliśmy złamanego centa! Dlatego graliśmy na weselach czy dawaliśmy lekcje gry na instrumentach. Pamiętam, że byliśmy akurat na etapie układania kolejności utworów na płytę v2.0. To był okres przedświąteczny, a ja ubrany w garnitur grałem na otwarciu sieciowej apteki i co chwilę wychodziłem, żeby zdzwonić się z naszym managerem, który obiecywał, że pewnego dnia nie będziemy musieli już grać takich „kotletów”. Wtedy myślałem, że byłoby świetnie, gdyby się to ziściło…
Doceniam, że otwarcie o tym mówicie. W dobie social mediów wielu ludzi prezentuje wyłącznie pasmo własnych sukcesów.
Chris: Nie chcę źle mówić o ludziach, ale masz rację. Osobiście usunąłem moje social media, choć nigdy się w nich specjalnie nie angażowałem, ale to nie było dla mnie i czułem, że działają na mnie przygnębiająco. W każdym razie na pewno nie wpływały zdrowo na mnie. Szkoda, że sporo osób z powodu social mediów próbuje być kimś, kim tak naprawdę nie jest. Niestety, te platformy żywią się naszym brakiem pewności siebie i łatwością oceniania innych, co w gruncie rzeczy jest szokujące.
W Polsce koncertujecie regularnie, tym razem wracacie na trzy koncerty. Jak czujecie się tutaj przyjmowani?
Nick: Mieliśmy wrażenie, że z Polską na początku nie kliknęło – na wczesnym etapie zagraliśmy jeden koncert w Częstochowie, co było ciekawym doświadczeniem, ale przez kilka lat niewiele się działo. Dopiero później zagraliśmy kilkukrotnie w Warszawie, po czym okazało się, że nie dość, że polska publiczność o nas wiedziała, to jeszcze jej przybywało. Dało się odczuć jej ekscytację – z naszej perspektywy ona przyszła dość niespodziewanie, może wynikało to z tego, że nie zagraliśmy wielu koncertów w Polsce, a tu nagle wielu ludziom spodobało się to, co robimy. Szczególnie wspominam koncerty w Progresji i fantastyczną publikę – zawsze było świetnie. Serio, nie ściemniam [śmiech]!
Chris: Wiesz, mój dziadek pochodził z Białegostoku. Jako dziecko odwiedziłem kilkukrotnie jego rodzinne strony, a później zacząłem oczywiście przyjeżdżać do Polski w ramach koncertów. To miłe, bo zawsze kiedy wracam do waszego kraju, myślę o nim. Dziadek opuścił Polskę jako młody chłopak, gdyż został wcielony do wojska podczas drugiej wojny światowej. Z tego, co mi wiadomo, był więźniem wojennym w kilku miejscach, uciekł i dołączył do francuskiego ruchu oporu. Po wojnie zdecydował się osiedlić się w Szkocji, a później przyniósł się do Yorkshire w Anglii, skąd pochodzę.
Mówiąc o Polsce, warto wspomnieć, że wasze koncerty w Niemczech otwierała Dobrawa Czocher.
Chris: Podobnie było z Daudim lata temu… Możliwe, że nasz management o nim słyszał, zabukowali go promotorzy lub polecił klub. Niesamowite, ale po drodze poznajemy tylu miłych ludzi i świetnych muzyków. Super było spotkać Dobrawę, choć była z nami tylko przez kilka dni, ale mam nadzieję, że dla niej to również było fajne doświadczenie.
Ona, podobnie jak wy, eksperymentuje na granicy różnych gatunków muzycznych – odnoszę wrażenie, że w przypadku waszych stylistyk nie ma sensu ich nazywać.
Chris: Miło, że to mówisz, bo w wielu wywiadach ludzie wciąż chcą rozmawiać z nami o gatunkach, co bywa dla nas, jak i dla wielu artystów takich jak Dobrawa, dość niewdzięczne. Nie chcemy myśleć o naszej muzyce w kategoriach gatunków – absolutnie nie obrażamy się, jeśli ktoś nazywa ją jazzem. Chodzi bardziej o to, że nie zastanawiamy się nad tym – po prostu chcemy grać muzykę. Nie idziemy do studia z pomysłem, że nagramy trochę jazzu czy elektroniki. Dlaczego mielibyśmy nakładać na siebie ograniczenia? Przecież same etykiety nie przyczyniają się do powstania czegoś wyjątkowego… Ale jeśli ludzie czują, że ich potrzebują, że pomaga im, to że GoGo Penguin przynależy do danego koszyczka, to w porządku – nam to nie przeszkadza.