Papierowy JazzPRESS
Płyty Recenzja

Tak blisko, tak daleko

Obrazek tytułowy

Albumy kwartetów Macieja Obary i Julii Hülsmann dzieli zaledwie jeden numer katalogowy, łączy natomiast niemal taka sama okładka, skład instrumentalny, identyczne studio nagraniowe, data nagrania i oczywiście wytwórnia. Czy rzeczywiście więcej jest podobieństw niż różnic?

Obara_ThreeCrowns.jpg

Maciej Obara Quartet Three Crowns

ECM, 2019

Maciej Obara należy do najbardziej rozpoznawalnych na arenie międzynarodowej polskich artystów. Nie chciałbym, żeby to określenie zostało odczytane pejoratywnie, chociaż rozpoznawalnym może być teraz każdy i to z byle jakiego powodu. Saksofonista zapracował jednak na swoją pozycję, działając bardzo aktywnie od początku swojej kariery, współpracując między innymi z Tomaszem Stańką, Ralphem Alessim i Markiem Heliasem. Wielokrotnie nagradzany, mogący pochwalić się sporym dorobkiem artystycznym jako lider oraz artysta zapraszany gościnnie, wreszcie – nagrywający dla prestiżowej wytwórni ECM.

Skład na najnowszym krążku Macieja Obary jest, podobnie jak na poprzednim, polsko-norweski, dokładnie w proporcji pół na pół. Na fortepianie akompaniuje, pełniąc także funkcję solisty, Dominik Wania, na kontrabasie Ole Morten Vågan, na perkusji Gard Nilssen. Dodać trzeba koniecznie, że jest to drugi materiał lidera w katalogu ECM. Wytwórni lubiącej Norwegów, muzykę intelektualną, przestrzenną i, umówmy się, trudną w odbiorze. W przypadku tego albumu tym, co rzuca mnie z miejsca na kolana, jest zainteresowanie jazzmanów klasyką. I nie chodzi tutaj o bezmyślne sięganie po klasyczne pozycje ani o proste kopiowanie. Padło na Henryka Mikołaja Góreckiego, kompozytora, którego osobiście uwielbiam za czerpanie z tradycji, religii, za niebiańskie wręcz melodie, oszczędność, mistycyzm.

Trzy utwory w dawnym stylu (1963) Góreckiego Obara opracował z ogromnym szacunkiem, zachowując ogólny charakter oraz wiodącą melodię. Ciekawe, że posłużył się tylko pierwszym fragmentem tego klasycznego dzieła. Na tak budowanej przestrzeni dźwiękowej stworzył sporo miejsca dla solistów. W najmniejszej jednak części nie burzą oni swoimi improwizacjami spokoju i zadumy, respektując główną linię melodyczną. Wspaniale wkomponowuje się tutaj styl gry Dominika Wani, mającego za sobą wykształcenie klasyczne i doskonale wyczuwającego aurę wykreowaną przez Góreckiego. I sama końcówka… Ascetyczne unisona saksofonu i kontrabasu jedynie zmieniającego rejestr powtarzanej melodii wykonywanej smyczkiem w ludowej niemal manierze. Zamieszczone również na płycie Małe Requiem dla pewnej Polki (1993) Góreckiego, a w zasadzie pierwsza jego część, jest potraktowane podobnie jak Trzy utwory w dawnym stylu. Chciałabym podkreślić, że trzeba naprawdę wielkiej pokory i szacunku dla pierwowzoru oraz wyzbycia się chęci zdominowania materiału własną osobowością muzyczną, żeby w taki sposób podejść do opracowania.

Pozostałe kompozycje są już autorstwa lidera. Oddaje on hołd swojemu ojcu (Blue Skies For Andy) i Tomaszowi Stańce (Mr. S). Muzycy są ze sobą perfekcyjnie zgrani, pozostawiając sobie wzajemnie miejsce do popisów solowych, nigdy nie wchodząc sobie bez powodu w drogę. Klei się to niesamowicie. Nie będę się tutaj rozwodzić nad dobieranymi dźwiękami, przebiegami, dyspozycją i wykorzystaniem potencjału brzmieniowego każdego z instrumentów, bo to po prostu nie ma sensu. Odbieramy muzykę najwyższych lotów, bardzo przemyślaną, prezentującą światowy poziom.

Hulsmann_NotFarFromHere.jpg

Julia Hülsmann Quartet Not Far From Here

ECM, 2019

Na Not Far From Here Julia Hülsmann Quartet oprócz numerów autorstwa członków kwartetu dwukrotnie pojawia się hit Dawida Bowiego This Is Not America. Pierwsze podejście zwyczajnie mi się nie podoba. Wiodący temat przejmuje kontrabas, nieco później saksofon tenorowy. Uli Kempendorff rozwija swoją partię stopniowo, ale sam moment kulminacyjny jest dla mnie męczący – burzy spokój i minimalizm piosenki. Druga odsłona to wersja na fortepian solo, która również mnie nie przekonuje. Bije z niej brak pomysłu, jakiejkolwiek głębi. Samo brzmienie fortepianu jest wręcz plastikowe i, może to za dużo powiedziane, ale po prostu puste. Pozostała część tracklisty ani przez chwilę nie zajęła mojej głowy. Mam wrażenie, że to wszystko już było, co wywołuje wyłącznie frustrację i skłania do tak zdawkowego opisu.

Tak jak Obara wraz ze swoimi muzykami potrafią powołać do życia dzieło robiące wrażenie jako całość, ale równocześnie eksponujące indywidualizm wykonawców, tak u Julii Hülsmann nie do końca widzę jasny pomysł na tworzony materiał. Trochę tu wszystkiego i niczego. Być może wpłynęła na moje zdanie kolejność słuchania – polski saksofonista ustawił wysoko poprzeczkę. A analizowanie obu albumów jeden po drugim nie jest łatwym zadaniem, bo, jak już wspomniałam, są to kompozycje współczesne i wymagające. Moje serce w ostatecznym rozrachunku podbił Maciej Obara, oferujący coś tak ciepłego i kojącego w swoim tonie, że nie sposób się temu oprzeć. Poza tym jestem rada, że znów zostało przypomniane dziedzictwo polskiej muzyki klasycznej w tak pięknej odsłonie. Na pierwszy rzut oka płyty niemal identyczne. Im dłużej ich jednak słuchałam, tym więcej dostrzegałam jaskrawych różnic.

Autor: Paulina Sobczyk

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO