Felieton Słowo

My Favorite Things (or quite the opposite…): John Coltrane i sztuka słuchania

Obrazek tytułowy

Sto lat temu urodził się John Coltrane. Właściwie każde podsumowanie tej rocznicy wydaje się z góry skazane na banał. Można pisać o geniuszu saksofonu, o Giant Steps, które zmieniło sposób myślenia o harmonii, o A Love Supreme – jednej z najważniejszych płyt w historii jazzu, albo o ostatnich, radykalnych nagraniach Coltrane’a, które otworzyły drzwi do zupełnie nowych obszarów muzyki. Wszystko to będzie prawdą, ale zostało już opisane tysiące razy. Szukając pomysłu na ten felieton, krążyłem wokół skojarzeń coltrane’owskiego jubileuszu z 250-rocznicą powstania Stanów Zjednoczonych albo stuleciem otwarcia słynnej Route 66, ale te poszukiwania nie okazały się satysfakcjonujące. Rozwiązanie okazało się tak oczywiste, że w pierwszym odruchu w ogóle o nim nie pomyślałem…

Kiedy przed laty zaczynałem tworzyć tę rubrykę, naczelny stwierdził, że dobrze byłoby, gdyby jej nazwa nawiązywała do tytułu jakiegoś utworu lub płyty jazzowej. Ponieważ felietony miały być wyrazem subiektywnego spojrzenia na różne zjawiska w muzyce, czy szerzej w kulturze, szybko znalazłem tytuł idealny – My Favorite Things. Aby nie zamykać sobie drogi do zabrania głosu krytycznego czy też polemicznego dodałem w nawiasie drugi człon – or quite the opposite. Tym gestem uczyniłem Coltrane’a patronem tej rubryki bo My Favorite Things to dla większości jazzfanów świetna płyta Coltrane’a z 1961 roku.

Rozpoczynający ją niemal 14-minutowy utwór tytułowy nie jest jednak kompozycją Trane’a, to nawet nie jazzowy standard,a piosenka zaczerpnięta ze świata popkultury – przebój z musicalu The Sound of Music autorstwa spółki Rodgers / Hammerstein – mistrzowsko zinterpretowany przez artystę. Coltrane wziął znaną melodię i otworzył ją na nowe znaczenia. Z kilkuminutowej piosenki stworzył rozbudowany utwór, w którym każdym dźwiękiem zdawał się pytać: „co jeszcze można z tego wydobyć?”. Być może całe późniejsze życie artystyczne Coltrane'a było próbą odpowiadania właśnie na to pytanie.

Coltrane nigdy nie traktował jazzu jako języka zamkniętego. Nie interesowała go ochrona granic gatunku, lecz ich przesuwanie. Jazz nie był dla niego zbiorem ustalonych reguł – był raczej narzędziem poznawania świata. Dlatego w jego muzyce mogły spotkać się tak różne inspiracje. Fascynacja muzyką indyjską, rytmami Afryki, duchowością różnych tradycji, muzyką gospel czy współczesnymi poszukiwaniami kompozytorskimi nie były dla niego egzotycznymi dodatkami. To były kolejne drogi prowadzące do tego samego celu – próby dotarcia do czegoś bardziej fundamentalnego niż język jazzu.

W A Love Supreme jazz stał się modlitwą. W Ascension i późnych nagraniach z Pharoahem Sandersem muzyka coraz bardziej oddalała się od klasycznych struktur, zmierzając w stronę czystej energii, transu i duchowego doświadczenia. Dla części słuchaczy był to krok zbyt daleki. Dla innych – naturalna konsekwencja artysty, który nigdy nie uznał, że dotarł do końca swojej drogi. Coltrane nie przekraczał granic po to, żeby udowodnić swoją nowoczesność. Nie chodziło mu o samą awangardę. Przekraczał granice, bo był ciekawy. Bo wierzył, że muzyka jest większa niż wszystkie definicje, które próbujemy jej nadać.

Może właśnie dlatego, kiedy wybierałem tytuł tej rubryki, wybrałem nie tylko nazwę jednego z nagrań Coltrane’a, ale także pewną filozofię słuchania i w konsekwencji pisania o muzyce.Przez lata ta „jazzowa” rubryka prowadziła mnie w miejsca, które z jazzem w tradycyjnym rozumieniu miały niewiele wspólnego. Pojawiali się tu Tom Waits, Iggy Pop i Lou Reed – artyści, dla których muzyka była czymś więcej niż układem dźwięków: była osobowością, opowieścią, sposobem patrzenia na rzeczywistość. Byli Marcin Świetlicki czy Wojciech Bąkowski – twórcy, którzy pokazywali, że muzyka może wyrastać z poezji i sztuki. Był John Cage, który przypominał, że czasem najważniejszym dźwiękiem jest ten, którego nie planowaliśmy usłyszeć. Był Gavin Bryars, pokazujący, że granice między muzyką współczesną, minimalizmem i emocjonalną siłą prostego motywu są znacznie bardziej płynne, niż mogłoby się wydawać. Czy wszystkich tych artystów można wpisać w historię jazzu? Z pewnością jest to dyskusyjne. Ale myślę, że właśnie o to chodzi.

Coltrane nie otwierał jazzu na różnorodne wpływy po to, żeby wszystko, co włączał do swojej muzyki, nazwać jazzem. Nie chodziło o zacieranie granic. Chodziło o ciekawość tego, co dzieje się po przekroczeniu tej granicy. Dzisiaj, w czasach algorytmów, rekomendacji i niekończących się, starannie opracowanych pod gust słuchacza playlist, lekcja Coltrane’a wydaje się szczególnie aktualna. Systemy potrafią świetnie przewidywać, czego prawdopodobnie będziemy chcieli posłuchać. Znacznie trudniej im jednak zaproponować coś, co nas zaskoczy, co zmieni sposób, w jaki słuchamy. A przecież właśnie takie muzyczne spotkania bywają najważniejsze. Coltrane nigdy nie szukał potwierdzenia własnych przyzwyczajeń – szukał czegoś, co mogłoby je zmienić.

Dlatego dziś My Favorite Things, jeszcze bardziej niż 12 lat temu, wydaje mi się najlepszym możliwym tytułem tej rubryki. Nie dlatego, że przypomina o słynnym nagraniu z 1961 roku, ale dlatego, że przypomina o czymś znacznie ważniejszym – że czasem wystarczy naprawdę uważnie słuchać, aby w pozornie obcej melodii odnaleźć własną drogę.

Piotr Rytowski

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO