fot. Sebastian Tomasz Płocharski
Legenda sławnego klubu Mózg długo sprawiała, że muzyczna scena Bydgoszczy przyćmiewała tę działającą w sąsiednim Toruniu. Ostatnimi czasy toruński ferment zaczął jednak promieniować na tyle szeroko, że nie sposób dłużej go ignorować, czego flagowym świadectwem są rewelacyjne dokonania tamtejszej grupy RZWD, będącej obecnie jednym z najważniejszych zespołów w kraju. Od prawie siedmiu lat centralną pozycję tej sceny zajmuje Toruńska Orkiestra Improwizowana – bodaj najaktywniejszy polski kolektyw posługujący się dyrygenturą sygnalizowaną. Przyświeca jej wesołość yassu i atmosfera prospołecznego absurdu litewskiej Republiki Užupis. Gra bez uprzedzeń, za punkty odniesienia stawiając sobie King Crimson, kujawiaki i Talking Heads. TOI to jednak nie tylko muzyka, ale i społeczny fenomen. Dla wielu jej członków stała się przestrzenią do wcielania w życie filozofii opartej na komponowaniu się w luki rzeczywistości. Te i wiele innych wątków próbuje rozwikłać inicjator Orkiestry – perkusista Maciej Karmiński.
Mateusz Sroczyński: Na ile Toruńska Orkiestra Improwizowana jest rzeczywiście toruńska?
Maciej Karmiński: Jest po prostu przesiąknięta Toruniem. Odzwierciedleniem Torunia. Mógłbym powiedzieć, że jest to jedna z wielu orkiestr, które działają w podobnym kluczu –operujących systemem znaków zwanym dyrygenturą sygnalizowaną – jednak chciałbym podkreślić jej nierozerwalność z miastem. Od momentu jej powstawania bardzo ważne było, żeby uwzględnić między innymi to, że w Toruniu nie ma akademii muzycznej. Z góry zakładałem, że nie będę dążyć do profesjonalizacji. W naszej Orkiestrze mają okazję grać zarówno muzycy wykształceni, jaki intuicjoniści czy garażowcy. Nawet osoby, które zdecydowały się dołączyć do Orkiestry pomimo niepodejmowania wcześniej prób grania na żadnym instrumencie. Na tym polega jej siła, że ma ona wymiar tyleż muzyczny, co społeczny. W tym sensie ta Orkiestra może się odróżniać od innych, które znam w Polsce. Ale wiem, że takie inicjatywy działają zagranicą.
Pytam o to, bo w nieodległej od was Bydgoszczy próby stworzenia improwizującej orkiestry były wcześniej podejmowane, ale bez sukcesów. Pamiętam też tamtejszą grupę Rdza, która działała według podobnej formuły, ale bardzo krótko. Ciekawe, że akurat w Toruniu ten pomysł tak dobrze się przyjął. Nie było tak, że bydgoscy muzycy związani z Mózgiem przyjeżdżali do was, żeby realizować się w takiej orkiestrze?
Gościmy również muzyków z Bydgoszczy, tak. Chociaż trudno posługiwać się takim sformułowaniem, że ktoś „jest w Orkiestrze”. Nie wydajemy sobie paszportów, chociaż to byłoby interesujące. Kiedyś usłyszałem, że Laibach wydawał swoje paszporty, na które można było się rzekomo przedostać do Europy Zachodniej. Ten rodzaj absurdu jest istotny dla naszej Orkiestry. Przede wszystkim olbrzymia otwartość, to znaczy brak tego progu wejścia, jakiegoś egzaminu z umiejętności gry na instrumencie. Z tego względu prawdopodobnie ta Orkiestra istnieje do dziś i ma się całkiem nieźle. Jej członkowie się zmieniają, ludzie mogą do nas dołączyć w każdej chwili. Nie jest potrzebne regularne pojawianie się na próbach, których jest w sumie niewiele. Głównie spotykamy się już na koncertach.
Warunkiem zagrania z nami jest znajomość znaków dyrygentury sygnalizowanej. Praktykujemy to podczas cyklu Kombinacje, do którego zapraszamy różne artystki, artystów, zespoły z kraju i ze świata, którzy czasem nie mają większego pojęcia o istocie tych znaków. One są jednak na tyle proste, że podczas jednego wieczoru jesteśmy w stanie ich nauczyć tego języka i z powodzeniem zagrać koncert. Wiadomo, że im częściej się praktykuje te znaki, tym ciekawsze można tworzyć dźwięki, efekty przypominające coraz bardziej muzykę komponowaną. Jednak wszystko dzieje się ad hoc, w czasie rzeczywistym i bez żadnego z góry ustalonego planu. Dlatego afirmujemy zdecydowanie coś, co ja nazywam swobodną improwizacją, ale posługujemy się figurą dyrygenta, który czuwa.
Jak w takim razie rozkłada się odpowiedzialność za dźwięk, który powstaje w odpowiedzi na sygnał dyrygenta?
Można powiedzieć, że jest kilka znaków o charakterze bezwzględnym, ale większość daje dowolność interpretacyjną. Dla mnie jest trochę tak, że nasze koncerty mogłyby się nawet odbywać bez dyrygenta. Jeśli jeszcze zdarza mi się dyrygować, chociaż już coraz rzadziej, to właściwie idealną sytuacją jest, kiedy po prostu sobie stoję i występuję jako medium. Wtedy postrzegam siebie jako pewnego rodzaju przewodnika, ale w tym sensie, w jakim istnieje przewodzenie prądu. Rozdzielam impulsy, które zauważam, które wychwytuję i przekazuję je dalej, na przykład na zasadzie przebudzenia narracji, to znaczy rozdzielania narracji pośród różnych muzyków, którzy są na scenie. Czasami to się dzieje samoistnie. W toku prób udało nam się wykształcić coś w rodzaju momentu pomiędzy znudzeniem a zaskoczeniem. Członkowie orkiestry, którzy to wiedzą, pomagają wdrażać w to kolejnych muzyków, którzy do nas dołączają. To się samo napędza.
Kiedy zaczynaliśmy działalność, dałem Orkiestrze takie tropy, że gramy coś pomiędzy King Crimson, kujawiakami a Talking Heads. I graliśmy sobie podług tych tropów. Trzy lata później zagraliśmy w Nowym Mieście Lubawskim i ktoś z publiczności w rozmowie po koncercie wszystkie te tropy odczytał. Mówił o swoich skojarzeniach i wskazał też na yass. Trochę się zgadzam, że może to być w odbiorze bliskie idei yassu na tyle, na ile ja ją rozumiem.
Czuję tę yassową atmosferę zgrywy, w waszych nagraniach jest zresztą sporo teatralnego śmiechu do rozpuku.
Ale on właśnie nie jest teatralny. Przypomniałem sobie ostatnio nagranie koncertu ze Zdzisławem Piernikiem w Dworze Artusa, z którym mam fantastyczne wspomnienie. Tak się złożyło, że sala była zapełniona, jeszcze na początku ją słychać. Po pierwszym utworze(chociaż nie mieliśmy założenia, żeby grać utwory, to była po prostu ciągła narracja) ta galowa sytuacja zaczęła gdzieś zanikać. Aż w czwartym utworze zadziało się coś dziwnego. Lecimy w zupełnie osobnym świecie, który udało nam się wytworzyć, w ogóle nie czuć tej pełnej sali w Artusie. Wydaje mi się, że byliśmy w tym bardzo, bardzo głęboko i niespodziewanie rozległ się śmiech. Nie był reakcją na gest. U Yedo Gibsona, który przewodniczył przez kilka lat Royal Improvisers Orchestra, podpatrzyłem znak mówiący: „użyj swojego głosu”. Orkiestry improwizowane dosyć chętnie operują takim teatralnym śmiechem jako narzędziem, ale to, co się wydarzyło w Artusie, było bardzo spontaniczne. Jakby wyrwało nas z głębokiej podróży po zamglonym lesie. To nagranie jest pięknym wspomnieniem, czeka właśnie na wydanie.
A skąd te trzy odniesienia? King Crimson, kujawiaki i Talking Heads – zupełnie od siebie odległe, ale wyjątkowo konkretne.
One były istotne, żeby się w tych dźwiękach odnaleźć, ale są na tyle od siebie oddalone, że tworzą głęboki pojemnik. Nie ukrywam, że akurat King Crimson jest dla mnie szalenie istotnym zespołem. Właściwie same dźwięki, nawet niekoniecznie zespół. Jak myślę o King Crimson, to myślę o pierwszej płycie In the Court of the Crimson King i o tym, co słyszałem jako małe pacholę. Dorastałem, nie będąc świadomym przez dłuższy czas swojego dzieciństwa, że to właśnie dźwięki z In the Court of the Crimson King towarzyszą mi podczas zabaw w piaskownicy czy wspinania się po drzewach. Odkryłem to dopiero później, kiedy po którymś śmigusie-dyngusie wracaliśmy zarobieni z moim bratem (Hubertem Karmińskim, basistą Dróg Krajowych – przyp. MS) z Mszana pod Brodnicą do naszego rodzinnego Murzynka. Po drodze kupiliśmy sobie za zarobione pieniądze odtwarzacz CD i kasety. Wtedy odkopałem karton ze starymi kasetami z dzieciństwa, a tam odnalazłem tajemniczą taśmę, która miała naklejkę z napisem „Faina spokojna”.
Ojciec handlował wówczas ciuchami z Legnicy i kolekcjonował płyty, bo miał do ich dostęp na targowiskach. Mieliśmy ich mnóstwo, ale właściwie to on ich nigdy nie słuchał, więc to były nasze zabawki. Kiedy ją puściłem, nagle wszystko mi się przypomniało i doznałem absolutnej epifanii. Po paru latach zajarzyłem, że to mi towarzyszy od czasów właściwie przedświadomych. Stare radio, taka wieża Grundiga czy Pioneera, nie pamiętam już teraz, to była moja pierwsza zabawka. To mnie wychowało. Pierwszy w pamięci fizyczny przedmiot, z którym obcowałem. Nacisnęło się trójkąt i wysuwała się szufladka. Kolejny skok rozwojowy był w momencie, kiedy zajarzyłem, że w pudełkach są płyty z dziurką w środku i można je włożyć do tej szufladki, a potem pchnąć i rozlega się dźwięk. To była fantastyczna rzecz. Zastanawiam się, jak teraz spróbować przenieść to doznanie na warunki muzykoterapii z moimi podopiecznymi. W taki sposób, żeby im też umożliwić podobny rodzaj obcowania z muzyką.
A kujawiaki? Bo jestem z Kujaw, to logiczne. Chociaż nigdy się nie zasłuchiwałem tak uważnie w muzyce tradycyjnej. To ciekawe, że też po latach odkryłem istnienie archiwum Etnofon z około kilkudziesięcioma nagraniami muzyki kujawskiej, w których pani Stanisława Świątkowska śpiewa kujawską melodię, z pojawiającą się nazwą miejscowości Murzynko. Wychowywaliśmy się tam z bratem. „Na Murzynku rośnie merta / muzykanty ładnie grejta / nie będzieta ładnie grali / nie będzieta wódki chlali” (Przyśpiewki: Świci miesiónc, da ji świci; Idzima do dóm, chłopol i ek; Siedzi dudek na topoli; Na Murzynku rośnie merta; Z tamty stróny Radziejewa na płycie Melodie ziemi kujawskiej wydanej przez Etnofon – przyp. MS). To też trop nieuświadomiony, który później do mnie wrócił. Jako perkusista zdałem sobie sprawę, że podział „na trzy”, mocno w charakterze kujawiaka, jest mi bardzo bliski. Daje dużo możliwości do swobodnego kiwania się pomiędzy różnymi rytmami i swobodnego odnajdywania się w sytuacjach, o wiele bardziej niż granie „na cztery”.
I jest też Talking Heads, do bólu powtarzalne, motoryczne, właściwie jakby do ćwiczeń fizycznych. Ale bardzo lubię ten rodzaj konkretu i siły brzmienia w ich prostocie. Mógłbym dodać tu na przykład Can albo płytę Kakashi Yasuaki Shimizu, gdzie następują powtórzenia – one się niewiele od siebie różnią, a ich siła polega na tym, że są tak dobrze wyartykułowane. Uznałem, że możemy sobie pomiędzy tym skakać w zależności od warunków, od tego, kto na przykład przyjdzie na próbę. Że możemy realizować w takich układach różne wizje.
Mając takie zaplecze, Toruńską Orkiestrę Improwizowaną założyłeś na początku 2019 roku, kiedy ostatnie tchnienia wydawała z siebie noiserockowa Jesień, w której grałeś. To był jeden z najważniejszych polskich zespołów tamtej dekady. Niosła się o was fama grupy, która sieje rozpierdol. Jak to się stało, że w międzyczasie zainteresowałeś się dyrygenturą sygnalizowaną?
Tak naprawdę zostałem do tego zmuszony przez życie.
Jak to?
Do tej pory uważam siebie za osobę nieśmiałą i niezdolną do podejmowania ryzyka. We wspomnianej Jesieni ustawiałem się raczej w roli obserwatora. Dobrze mi z tym było. Koledzy Szymon (Szwarc – przyp. MS) i Michał (Supcziński – przyp. MS) są trochę starsi ode mnie, więc kiedy jeździliśmy gdzieś na koncerty, to najpierw ja otwierałem zamek, potem Szymon zastraszał pracowników banku, a Michał wynosił pieniądze. Mieliśmy takie śmieszne porównanie, że byliśmy „Grupą Przestępczą Jesień”. Rzeczywiście, Jesień była szalona, ja sobie uczestniczyłem w tym szaleństwie, ale mogłem je swobodnie obserwować, nie biorąc za nie pełnej odpowiedzialności.
W kontekście powstania Toruńskiej Orkiestry Improwizowanej istotne jest zaproszenie, które dostałem od Rafała Ziąbki – on prowadził Poznańską Orkiestrę Improwizowaną. Zaprosił mnie jako gościa do wspólnego zagrania koncertu, który otwierał drugą edycję Spontaneous Music Festival. Tam poznałem między innymi wspomnianego Yedo Gibsona, który poprowadził wówczas warsztaty. I wtedy zaczęło we mnie kiełkować, że po stracie Jesieni mógłbym zająć się właśnie grą na perkusji w takim wielkim zespole, to byłoby fantastyczne. Wracając do Torunia pociągiem, zastanawiałem się, komu by to wcisnąć, kogo by namówić, żeby założył taką orkiestrę w Toruniu. Oświeciło mnie w którymś momencie, pomiędzy Strzelnem a Mogilnem, że to muszę być ja. I to było trudne.
Pamiętam, że na początku próbowałem jeszcze zwerbować Michała (Supczińskiego) do pomocy. Ale zostałem z tym sam. W miarę jak dochodziły kolejne osoby i zaczęły mocno się angażować w ten projekt, ufając mi, uwierzyłem, że mogę to sam poprowadzić. W zasadzie podczas pierwszych prób Orkiestry dyrygowałem zza perkusji. Długo wierzyłem, że tak się da, aż w końcu skład rozrósł się na tyle, że ta figura autonomicznego dyrygenta wydała mi się niezbędna. Zostałem przymuszony do tego, żeby porzucić perkusję, wcale nie było mi z tym dobrze. A musiałem odważyć się jednak stanąć naprzeciwko Orkiestry, która się wtedy formowała, i coś machać rękoma, wziąć to przewodnictwo na siebie. Ale się udało. Jeszcze na początku trochę się chowałem za pulpitem, który zrobiłem z taczki, żeby nie być w całości widoczny. Potem okazało się, że największym powodzeniem cieszy się ekspresyjna dyrygentura, kiedy jestem w tym całym sobą, więc rozpoczął się etap tańczenia, wymachiwania i pełnej spontaniczności. Wreszcie się trochę otworzyłem.
Teraz coraz częściej w dyrygowaniu zastępuje cię Mariusz Figiel, znany chyba jednak lepiej pod surrealistycznym aliasem Mariusze Figle jako autor kolaży. Dość tajemnicza postać. O co w ogóle chodzi z tą liczbą mnogą? Jak pojawił się w Orkiestrze, jak przekazałeś mu pałeczkę dyrygenta?
Gdyby Mariusze nie objawili się ze swoimi cechami, to Orkiestra być może nie istniałaby do dziś. Mariusze, z jednej strony, doskonale zrozumieli ideę kolektywnej improwizacji wraz z tajnikami wiedzy specyficznej dla Orkiestry, a z drugiej –odnaleźli wyjątkowy sposób poszerzania pola, po którym Orkiestra się porusza, oraz skuteczną metodę komunikacji. Czasami się ścieramy. Myśl krąży, jest poddawana obróbce, żyje. Można powiedzieć, że wizją Toruńskiej Orkiestry Improwizowanej przyciągnąłem Mariuszy i Paulinę (Kalinowską – przyp. MS), aby przenieśli się z Legnicy do Torunia. Osób, które wybrały Toruń na miejsce do życia z powodu Orkiestry, jest zresztą więcej. Mariusze nie uczestniczyli może w pierwszych próbach Orkiestry, jednak nasza znajomość sięga czasów wystaw jego kolaży w Kulturhauzie, a później współpracy przy tworzeniu okładki do płyty Jesieni. Błoto – to projekt jego autorstwa. Mariusze Figle Ruch Surrealistyczny to sprawa, która go chyba najbardziej zajmuje. Stąd też mówienie o sobie w liczbie mnogiej – to taka kreacja w duchu surrealistycznym. W pewnym sensie uzupełniamy się z Mariuszami. Można powiedzieć, że dzięki niemu, po latach, mogłem zrealizować swoje marzenie spomiędzy Strzelna a Mogilna, aby zagrać w orkiestrze na perkusji.
Jest z nami wiele osób, które mogłyby zarysować swoją perspektywę bycia w Orkiestrze, począwszy od 2019 roku. Nie sposób wymienić każdego z osobna. Próbowałem to zrobić, przygotowując pracę dyplomową o działalności edukacyjnej Toruńskiej Orkiestry Improwizowanej. Osób oraz wątków jest za dużo, by mogła spamiętać je jedna głowa. Bardzo jestem ciekaw tych wszystkich historii, oczywiście one nadal się piszą.
Wspomniałeś o taczce – wydaje mi się, że skutecznie robi za waszą główną wizytówkę. Skąd się wzięła?
Znowu wracamy do Murzynka. Teraz myślę, jak bardzo osobista to jest historia z mojej perspektywy. Rzeczywiście, taczka pomogła zbudować Orkiestrę, jako jakiś symbol absurdu, który dla nas jest niezwykle istotny. W ogóle uważam, że absurd jako budulec pięknego życia jest niezbędny. To jest taczka, która towarzyszyła mojej rodzinie od końca lat 80., kiedy to na zlecenie mojego dziadka Sylwestra Karmińskiego zaprojektował ją pan Florian Włoszczyński i wykonał jej projekt w dawnym zakładzie Ceramy w Gniewkowie. Następnie taczka trafiła do Murzynka, gdzie przewoziła różne materiały na niewielkich odległościach, z czasem jednak odkryłem jej muzyczne przeznaczenie. Muzyczna rola taczki polega na tym, że ona potężnie skrzypi. Zauważyłem to dawno temu i zacząłem snuć różne plany, żeby nagrać na nią jakąś płytę albo zrobić z niej pełnoprawny instrument. Któregoś dnia, kiedy sprzedawaliśmy rodzinną posiadłość w Murzynku, zabrałem ją do miasta bez wahania. Wrzuciłem w samochód i zaczęła mi towarzyszyć w życiu codziennym.
Całe szczęście, nie przekroczyłem pewnej linii absurdu i nie zacząłem myśleć o tym, żeby, na przykład, wziąć z nią ślub, bo może gdybym był bardziej lekkomyślny, mniej odpowiedzialny i bardziej zwariowany, mogłoby do tego dojść. Jednak traktuję ją z pełną powagą. Ona jest instrumentem zupełnie serio. Nie bardzo daję sobie wchodzić do tej taczki, jeśli ktoś chciałby ją wykorzystać do zabawy czy przejażdżki. Mam z nią jakąś bliskość, nie chciałbym jej odbierać tej powagi i mocy. Jej rola jest nie do końca jeszcze określona i odnaleziona. Cały czas sprawia, że jest coś jeszcze do odkrycia i to mi bardzo odpowiada. Lubię porównywać ją do broni masowego rażenia, czy do istoty broni masowego rażenia – że ona wzbudza jakieś wyobrażenie. Jest potencjalnie do użycia, ale wcale nie trzeba z niej korzystać. Czasami zadaję sobie trud, wożąc ją na koncerty i ona towarzyszy nam na scenie, ale – ku niezadowoleniu publiczności – nie zostaje w ogóle użyta.
Skoro wystawiasz na scenie takie dziwactwo, publiczność chyba naturalniedomaga się show z jego udziałem?
Ona wzbudza zainteresowanie. Raz po koncercie Dróg Krajowych dostałem od słuchacza taki komentarz: „No, fajnie, fajnie, super, ale tak dużo pan tego wszystkiego tutaj narozkładał, a nie wszystkiego pan użył”. Cały czas się, biedny, zastanawiał, jak ta taczka brzmi, a ja po prostu o niej zapomniałem. Dla mnie ona jest jedną z możliwości. Jeśli podchodzimy do aktu swobodnej improwizacji, to zapominam o tym, że efektownie byłoby, gdybym teraz wyjechał z tą taczką i zrobił jakieś show. To się może wydarzyć, ale nie musi i na tym polega swobodna improwizacja. Nie wiesz, jakich środków użyjesz. Czasami harmonia wyłania się z chaosu.
Gdy widziałem was na żywo podczas wrześniowych Kombinacji, zaimponowało mi, że faktycznie przyjmujecie każdy dźwięk i technikę. Improwizujecie bez żadnych uprzedzeń, to nie jest kolejna sesja wyciągania efektów z klasera. Ale macie swój ukonstytuowany język – bardzo wyrazistą, rytualną energię, coś narkotycznego, wręcz posthippisowskiego.
Podskórnie odczuwam, że nazwanie tego, co robimy jako yass, jest zasadne. Ostatnio mam też okazję współuczestniczyć w Mózgowej scenie i przyglądać się temu, co tam się dzieje. Zupełnie serio i z olbrzymią konsekwencją jest to miejsce do eksperymentowania. Wielkie ukłony dla Sławka Janickiego, że kiedy podczas wieczorów muzyki improwizowanej pojawiają się próby zagrania czegoś bardziej składnego, w stylu jam session, on ma odwagę, żeby jeszcze raz przypomnieć idee tych wieczorów i zwrócić uwagę, że to jest miejsce do – uwaga, bo to jest słowo klucz – eksperymentów. Też jestem tego zdania. Chyba taka jest istota eksperymentu, że generalnie w 99 procentach przypadków nie wychodzi tak, jak się zakłada, że powinien wyjść. Kiedy się eksperymentuje, to czegoś się poszukuje i my też staramy się odnajdywać między sobą jakieś nowe połączenia. Ja wiem, że to jest banalne, że pół świata muzycznego próbuje to robić, i każdy może tak stwierdzić. Ale my to robimy bardzo programowo. Jak powiedziałeś o narkotyczności, to ona wydobywa się z nieświadomości. Swobodna improwizacja, kiedy dzieje się w zamyśleniu albo transie, sprawia, że w ogóle nie myślisz o układaniu tego materiału dźwiękowego. Bardzo zależy mi, żeby to poczucie było wspólne. A nie żeby to było zaprojektowane w jakiś matematyczny czy notacyjny sposób.
Scena skupiona wokół Mózgu długo sprawiała, że o Bydgoszczy myślało się jak o krajowej stolicy muzyki eksperymentalnej, może do spółki z Trójmiastem, ale w ciągu ostatnich 10-15 lat jej impet mocno się wytracił. W tym czasie z kolei urosła fascynująca scena toruńska: Jesień, RZWD, SKI, Święto Zmarłych, Wielkanoc, Drogi Krajowe, Suczy Napar. Same świetne zespoły, dużo nowych tropów wniesionych do rodzimej muzyki. Cała ta scena przewinęła się przez Orkiestrę? Jej istnienie pobudza lokalny ferment?
To są zbiory z częścią wspólną. A jeśliby przyjąć metaforę drzewa genealogicznego, to w którymś miejscu warto wspomnieć takie zespoły jak Patma, Ochłapy, Pani Jeziora, Bezkwit, Urządzenie, Dola, Nietrzask, Wstyd czy legendarny Wyrąb Lasu. Edyta Gepard i wykluwający się Orzełek – każdy z tych zespołów ma inne miejsce w tym drzewie, ale ich członkowie pośrednio mają wpływ na siebie oraz na budowanie środowiska. Jako Orkiestra w pewnym sensie jesteśmy beneficjentem różnych relacji, które tworzyły się podczas istnienia Jesieni. To jest super dla mnie, że kilka razy w miesiącu odzywają się osoby, które poznaliśmy na trasie, znajomi muzycy, z którymi wspólnie koncertowaliśmy i oni wiedzą, że tu, w Toruniu, cały czas tli się ogień.
Toruń jest w środku Polski, więc jest świetnym punktem przelotowym, i bardzo często jest potrzeba zagrania w Toruniu – nawet nie za stawkę, tylko za bilety. Zdarza się, że możemy pomóc. Mamy problem z miejscami, w których możemy organizować koncerty, ale jak najbardziej taką usługę, że tak powiem, jako Orkiestra też świadczymy. Jeśli ktoś ma dziurę w trasie, to próbujemy dostosować termin i bierzemy go do siebie. Jest trudno, bo nie mamy swojego miejsca, a współpraca z miastem jakoś się nie wykrystalizowała, zresztą sam nie jestem pewien takiego modelu. Nie dysponujemy wielkimi środkami, także wszystko, co robimy, to jest DIY.
Byłem nieźle zaskoczony, gdy dowiedziałem się, że myślisz o założeniu knajpy, by zapewnić siedzibę Orkiestrze.
No jasne! To jest marzenie wielu z nas. Nasza przyjaciółka z Suczego Naparu, Paulina Kalinowska, powiedziała wczoraj podczas dyżuru w Zezie (Zezowate Szczęście, klub w centrum Torunia, jedno z kluczowych miejsc lokalnej sceny alternatywnej – przyp. MS): „Rozrośnijmy się, stwórzmy sobie miejsca pracy”. Część orkiestry to są osoby, które się trochę wymykają systemowi. Nie jesteśmy beneficjentami żadnych programów, ulg. Nie jesteśmy ani seniorami, ani dziećmi, już nie młodzieżą. W takiej szarej strefie jest wiele osób, wiele z nich ma głęboką wiarę w to, że nie w samym zarabianiu pieniędzy należy odnaleźć sens życia. Orkiestra wychodzi naprzeciw tym oczekiwaniom i przynosi jakiegoś rodzaju nadzieję. Wspólnie budujemy coś, co próbuje na te oczekiwania odpowiedzieć. Czasami czuję odpowiedzialność wobec Orkiestry, żeby nie robić kolejnego koncertu, który organizujemy własnym sumptem i stajemy na głowie, żeby wynagrodzić zapraszanego artystę. Ale sobie, to znaczy około 20 osobom grającym w orkiestrze regularnie, bardzo rzadko wypłacamy kasę. Bo nie zarabiamy, a to istnieje od prawie siedmiu lat i stąd pewnie cały czas chodzi mi po głowie, żeby jakaś przestrzeń była formą wynagrodzenia nam tego. Żeby pewne rzeczy były jeszcze prostsze, żeby nawet niekoniecznie ona przynosiła nam jakiś zysk, bo nie o to mi chodzi, ale żebyśmy mieli to piękne miejsce, w którym każdy z nas chce być. To tak zwane „trzecie miejsce”, wiesz, jakiś kawałek ogródka, jakąś scenę, którą byśmy się zaopiekowali, wkładali w nią serce. Żeby każdy mógł z niej skorzystać.
Ostatnio byliśmy z Patrycją (Pączkowską, narzeczoną Maćka Karmińskiego, członkinią TOI i Suczego Naparu – przyp. MS) w Wilnie. Zafascynowaliśmy się tam dwoma miejscami. Po pierwsze, więzienie na Łukiszkach przeznaczone dla artystów. W pewnej części ono odgrywa rolę muzeum i na siebie zarabia, ale 300 celi zostało przekazanych artystom na ich potrzeby. Oni tam grają, mają miejsce, żeby się realizować, wspierać wzajemnie. A drugie miejsce to jest przykład zaufania miasta artystom, przykład czułości miasta wobec przestrzeni do zagospodarowania. W pewnym kwartale Wilna rozpisano konkurs dla trzeciego sektora na objęcie tejże przestrzeni i tak powstało miejsce Sodas 2132. Jak sobie myślę o Toruniu i o tym naszym lokum, to jako model dla niego chciałbym podawać te dwa przykłady. Miejsce, gdzie spędza się czas, gdzie można coś zjeść. Dlaczego nie? Mamy również w ekipie fantastycznych kucharzy, myślimy na przykład o zupowni. Potrzebne nam coś, co odpowiadałoby na zwykłe ludzkie potrzeby spędzania czasu w fajnej przestrzeni. Coś niezbyt wydumanego, nie żaden produkt nastawiony zarobkowo, tylko zwykłe miejsce, w którym dzieją się rzeczy, w którym mamy szansę się samoorganizować.
Mówiąc o ludziach wymykających się systemowi, masz na myśli także osoby ze schizofrenią? Powiedziałeś mi kiedyś, że dobrze odnajdują się w Orkiestrze.
Chyba mogę powiedzieć, że Orkiestra działała też w czasach Covidu? To była dla nas ważna przestrzeń spotkań, a dla wielu także forma terapii. Okazało się, że spotkania w formie dyrygowanych prób mają potencjał terapeutyczny. Można spróbować stworzyć na ich podstawie metodologię w muzykoterapii i prowadzić w ten sposób warsztaty dla różnych grup społecznych. Aktualnie jestem muzykoterapeutą i wykorzystuję w dużej mierze doświadczenie wynikające z budowania orkiestry. Operujemy też znakami dyrygentury sygnalizowanej, to jest moja wiodąca metoda. Widzisz, nie mam wyjścia, po prostu uwierzyłem w ten projekt całym sobą i ta swobodna improwizacja mi zbudowała cały świat. Będąc muzykoterapeutą, wymknąłem się z systemu, sam sobie stworzyłem nowy, który funkcjonuje obok tego oficjalnego. Wiele osób w Orkiestrze wierzy, że tak może być. Podczas pobytu w litewskiej Republice Užupis objawiła mi się taka maksyma: „Na niby czy nie, twórzmy świat piękniejszym”. Staramy się to urzeczywistniać.
Ciągle odwołujecie się do wizyty w Užupis. To było dla was formacyjne doświadczenie?
Tak, byliśmy tam z całą Orkiestrą. I, rzeczywiście, tam się kosmos przedziwnie połączył, pewne orbity skrzyżowały nam się z płucami tego wspaniałego państwa. Republika Užupis powstała w dzielnicy Zarzecze w Wilnie. Została proklamowana1 kwietnia 1997 roku przez grupę lokalnych artystów. Usłyszałem o niej po raz pierwszy od kolegi, który kopał bitcoiny i zajarzył, że był tam kiedyś wcześniej. W Užupis, na skraju rynku, znajdował się jeden z pierwszych sklepików, w których można było realnie tymi bitcoinami zapłacić. Dotarliśmy tam z Orkiestrą, grając trasę śladami Adama Mickiewicza. Dzień wcześniej graliśmy koncert w Kownie, po którym mieliśmy dzień przerwy i zorganizowane zwiedzanie Wilna z przewodniczką. Idąc z hotelu Vilaretti, mieliśmy wrażenie, że do centrum jest bardzo daleko, a jednak na naszej drodze szybko pojawił się trójkątny rynek ze wspaniałą figurą anioła na solidnym cokole. Uznaliśmy, że nie warto pchać się dalej do serca Wilna, bo tam poczuliśmy się jak w domu. Zostaliśmy i radośnie popijaliśmy zakupione wcześniej piwo nad brzegiem rzeki Wilejki.
Republika Užupis działa na własnych zasadach, zrzeszając artystów wolnych duchem. Posługuje się własną, wymyśloną walutą – jeden euroužas to jest równowartość jednego piwa z kija. Mają tam swoją konstytucję, mówią w języku bulgotania Wilejki. Doświadczyliśmy tego z Orkiestrą przypadkiem, nie wiedząc, gdzie się tak na dobrą sprawę znajdujemy. Akurat tego dnia odbywało się posiedzenie parlamentu Republiki, i to takie wyjątkowe, bo prezydent miał wtedy urodziny. Jako delegacja z Torunia postanowiliśmy obdarować go świeżo wydaną płytą Orkiestry. Gdy dotarliśmy, prezydenta niestety już nie było, opuścił imprezę chwilę wcześniej. Ale była jeszcze minister kultury oraz minister spraw zagranicznych, z rąk którego po minucie i 37 sekundach przyjąłem nominację ambasadorką. Było fantastycznie, dynamika tego spotkania to była kolizja różnych obiektów w kosmosie, które wpadły na tę samą orbitę. Właśnie w tym duchu, w atmosferze absurdu, staramy się działać. Coś może się wydawać niemożliwe, a jednak my się tym zajmujemy. Wierzymy, że sposób, w jaki widzimy świat, ma moc zmieniania go. Wierzymy, że na lepsze.