Płyty Recenzja

Omasta – Jazz Report from the Hood

Obrazek tytułowy

(Astigmatic Records, 2025)

W 2025 roku trochę zwolniłam tempo przesłuchań nowych płyt, dlatego wpadłam w popłoch, kiedy trzeba było wyłonić najlepsze płyty roku. Czekało mnie nadrobienie zaległości w trybie ekspresowym. Wśród moich faworytów mogli się znaleźć tylko ci, którzy naprawdę się wyróżniali w natłoku słuchanej muzyki i musieli to zrobić już od pierwszych taktów. Byłam pod tym względem okrutna i nie dawałam drugiej szansy tym, którym nie udało się przykuć mojej uwagi za pierwszym przesłuchaniem. Oczywiście nie świadczy to o tym, że reszta była słaba czy nudna i że do niej nie wrócę. Większość tego, czego słucham, była obiektywnie mówiąc dobra, ale w eliminacjach zaważył też mój subiektywizm.

Cały ten jazz nabiera dla mnie często kolorów, kiedy jest z domieszką innych gatunków, które lubię, czyli na przykład hip-hopu i funku. Kiedy odpaliłam Jazz Report from the Hood Omasty, już od Cornerstone, czyli pierwszego utworu, wiedziałam, że to będzie coś. Pomyślałam wtedy, że od razu słyszę mój ulubiony kawałek z płyty, ale przy słuchaniu kolejnych utworów już nie byłam tego taka pewna, bo każdy następny był równie mocny. Wszystkie mają to do siebie, że są niezwykle kołyszące, ale każdy na inny sposób. Burner na początku buja wolniej i bardziej hipnotycznie, Mandem – funkowo, Who They Was i Dead End – hiphopowo, We Gonna Make It – soulowo.

Innym punktem wspólnym jest to, że wszystko brzmi niezwykle ciepło.Trąbka Pawła Kowalika ma swoje momenty cool i hard, ale generalnie jest miękka, płynna i intymna. Nieczęsto wolne utwory są moimi faworytami, ale Falsehood mnie zaczarował. Podobnie jak ballada What’s The Point aż się prosi o wokal Erykah Badu czy D’Angelo. Skojarzenie z tymi artystami okazało się trafione, bo jak później przeczytałam, grupa Omasta grała koncerty w hołdzie J Dilli (J Dilla był częścią Soulquarians, pracując między innymi z Badu, D’Angelo i The Roots). Na Falsehood ostatecznie melodią zajął się saksofon Antoniego Blumhoffa, który godnie zastąpił głos któregoś z Soulquarianów. Antoni Blumhoff gra również na flecie, którego możemy posłuchać w utworach Mandem, Burner czy Kazimierz.

W Mandem znowu słychać wpływ J Dilli za sprawą linii basu, elastycznego i rozleniwionego aż do granic utrzymania rytmu. Świetny duet tworzy bas z perkusją w utworze Dead End, pokazując, że do tworzenia bujających hiphopowych groovów i tanecznego pulsu nie trzeba maszyn perkusyjnych czy syntezatorów basowych. Klawiszowiec Bruno Sikorski prezentuje swój warsztat w trzech odsłonach – na fortepianie, fortepianie Rhodesa i syntezatorze. W której jest najlepszy? Trudno powiedzieć. Podoba mi się we wszystkich. W Burner możemy posłuchać i fortepianu, i Rhodesa. Swoją drogą jest to naprawdę świetny kawałek w trzech różnych klimatach, co skłania mnie do refleksji, że może akurat ten jest najlepszy na płycie, ale zastrzegam sobie prawo ponownej zmiany zdania, bo na tym albumie nie ma ani jednej słabej kompozycji.

Gdyby ktoś słuchał tej muzyki, nie wiedząc, skąd pochodzą chłopaki, mógłby pomyśleć, że dzielnica, o której wspomina tytuł albumu, to Harlem czy Greenwich Village, bo skojarzenia z nowojorskimi nurtami jazzu i artystami, którzy tam tworzyli, takimi jak Freddie Hubbard, Donald Byrd, Yusef Lateef, Roy Ayers, Soulquarians czy Roy Hargrove, są bardziej niż oczywiste. To cudownie, że nie musimy wyjeżdżać za ocean, żeby posłuchać na żywo tego rodzaju muzyki.

Linda Jakubowska

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO