Papierowy JazzPRESS
Muzycy

Levity - Siła wyobraźni

Wszystko mogę wytłumaczyć lepiej poprzez muzykę. Hipnotyzuję
ludzi, aż dochodzą oni do podstawowego stanu,
a gdy osiągnę moment największej słabości, mogę przemówić
do ich podświadomości i wmówić im, co chcę.

Jimi Hendrix

W przypadku grupy Levity – słowa wypowiedziane przez być może najważniejszego gitarzystę naszych czasów i autora pomnikowych płyt (m.in. Electric Ladyland i Are You Experienced) – nabierają nowego znaczenia. Jerzy Rogiewicz (perkusja), Piotr Domagalski (kontrabas) i Jacek Kita (klawisze) na swoich koncertach i płytach, jak mało kto – wydają się być mistrzami ceremonii z prawdziwego zdarzenia. To oni dyktują warunki, wypuszczając się w nieznane dla słuchacza rejony, bawiąc się muzyką i żonglując konwencjami. Są inteligentni i przebiegli w tym, co robią, ale bywają też cyniczni – wodząc nas za ucho i udając, że wszystko jest na poważnie. Nigdy nie wiemy, w którą stronę powędrują ich myśli, ani kiedy spłynie na nich
ożywcza wena. W efekcie każdy ich koncert przynosi wiele niespodzianek, opartych często na charakterystycznym dla ludzi z Lado ABC, poczuciu humoru.
Zanim jednak wkroczyli pewnym krokiem w świat jazzowego eksperymentu, zaczęli od skromnych przymiarek, które polegały głównie na stosunkowo prostych próbach rozwijania swoich pomysłów na brzmienie. Ich debiut płytowy, a więc Levity, przypadł na 2009 rok i nie zdradzał jeszcze tak dużych pokładów twórczej kreatywności. Był już jednak świadectwem niezwykłej dojrzałości w graniu świeżego jazzu bez sekcji dętej – w duchu Medeski, Martin & Wood czy The Bad Plus.
Już początki istnienia zapowiadały, że mogą być w najbliższej przyszłości nadzieją muzyki improwizowanej. Najpierw pokończyli akademie muzyczne (Piotr Domagalski – w Katowicach, a Jacek Kita i Jerzy Rogiewicz – w Krakowie), potem założyli zespół i po 2005 roku wkroczyli na ścieżkę usłaną samymi sukcesami. Zostali wyróżnieni na festiwalu Jazz Juniors, festiwalu Jazz Nad Odrą we Wrocławiu, a także otrzymali główną nagrodę na FAMA 2006. Następne lata były dla zespołu intensywnym ćwiczeniem scenicznym: rozwijaniem warsztatu i poszerzania pola kompozycyjnej kreacji. Efektem tych
wszystkich starań była płyta Levity, która ukazała się nakładem Lado ABC i była jedną z najmniej udziwnionych płyt w katalogu tej ważnej, warszawskiej wytwórni.
Trudno było się spodziewać po młodym zespole jakiejś nagłej wolty stylistycznej w sytuacji, gdy na horyzoncie pojawiła się informacja o płycie z muzyką Fryderyka Chopina. Pesymiści mogli się spodziewać romantycznych, pozbawionych polotu interpretacji cyklu 24 preludiów op. 28 autorstwa poety fortepianu. W końcu jaki jest sens mierzenia się z klasyką, jeśli jest ona zagrana w sposób doskonały? Można było przypuszczać, że Levity zastawiają na siebie pułapkę. Rzeczywistość okazała się jednak inna. Oryginalny materiał został potraktowany jedynie jako baza, od której trzeba wyjść, by móc się od niej jak najbardziej oddalić. Dlatego też na dwóch płytach znalazły się utwory w duchu
popu z aspiracjami (z gościnnym udziałem charyzmatycznej Gaby Kulki) oraz awangardowe eksperymenty będące efektem współpracy z japońską legendą niepokornej trąbki – Toshinori Kondo oraz gitarzystą Raphaelem Rogińskim. Muzyka na pierwszym dysku aż iskrzyła się od pomysłów, żartobliwego podejścia tematu. Jawiła się – przyprawiając o zawrót głowy – karuzelą nawiązań stylistycznych: od muzyki współczesnej, przez easy-listening aż po awangardową odmianę jazzu. Dzięki Chopin Shuffle Levity stali się pierwszoligowym zespołem rodzimej sceny muzyki synkopowanej.
2010 rok był prawdziwym przełomem dla trio, które także dzięki fenomenalnym koncertom, zyskiwało na znaczeniu. Rok później, na jesieni, nieco zwolnili. Mogło się wydawać, że są zmęczeni zawrotnym i niezwykle kreatywnym okresem w swojej twórczości. Okazało się, że przygotowują się do wydania kolejnego albumu. Tym razem postawili na spontaniczne improwizacje z dala od gwaru miejskiego. Zanim wyjechali do Srebrnej Góry, gdzie mogli w spokoju oddać się procesowi twórczemu, zagrali koncerty w warszawskim klubie Chłodna 25. Były one wstępem do tego, co miało wydarzyć się w dalszej kolejności. Te występy na nowo zespoliły Levity i jak twierdzili sami muzycy – przyczyniły się do eksplozji pomysłów w czasie pobytu na Dolnym Śląsku. Afternoon Delights ukazało się pod koniec 2011 roku i zostało sklejone z materiału, który był wynikiem czystej improwizacji. Większość krytyków była zachwycona efektem. Z jednej strony można było odnieść wrażenie, że zespół wskrzesza ambitną odmianę post rocka – opierając
swoją muzykę na barwach, nastrojach i palecie dźwięków. Z drugiej nie wyrzekli się jazzowego korzenia, który nadał temu albumowi swoistego majestatu.
Jaka zatem rysuje się przed nimi przyszłość? Jedno jest pewne: na pewno nie osiądą na laurach i nie będą eksploatować wcześniejszych pomysłów. Parafrazując słowa Jimiego Hendrixa – jest duża szansa, że jeszcze nie raz zahipnotyzują nas i przemówią do wyobraźni.

Piotr Wojdat

Artykuł został opublikowany w magazynie JazzPRESS z kwietnia 2012 roku - pobierz numer w formacie pdf, mobi (Kindle).

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO