Na początku warto zaznaczyć, że tytuł jest prowokacją. W polskim środowisku muzyki klasycznej oczywiście działa wielu wybitnych artystów, którzy traktują wolną improwizację jako pełnoprawną i ważną praktykę twórczą. W projektach takich jak Strefa Free Impro brali udział Krzysztof Knittel, Marek Chołoniewski czy Zdzisław Piernik – twórcy od lat obecni w obszarze improwizacji. Istnieją także zespoły i środowiska, jak Hashtag Ensemble, które w naturalny sposób łączą klasyczne wykształcenie z otwartością na działania intuitywne. Ten tekst nie opisuje więc „całej klasyki”, lecz pewne instytucjonalne mechanizmy i nawyki myślenia, które sprawiają, że improwizacja bywa wciąż traktowana z rezerwą.
Kiedy podczas egzaminu do szkoły doktorskiej jeden z młodych kompozytorów z komisji powiedział mi: „wolna improwizacja to może temat na seminarium, ale doktorat? O improwizacji?”, zrozumiałem, że w środowisku klasycznym nadal funkcjonuje silna nieufność wobec muzyki intuitywnej. Ten komentarz był jedynie kolejnym elementem większego obrazu: ododrzuconych wniosków o stypendium na badania po systematyczne odrzucanie wniosków grantowych projektów koncertowych Strefy Free Impro. Zjawisko, któremu poświęciłem 40 lat praktyki i refleksji, traktowane jest przez część świata klasyki jak coś drugorzędnego – albo wręcz podejrzanego.Dlaczego tak się dzieje? Dlaczego wolna improwizacja wzbudza w klasykach niechęć lub lekceważenie?
Pierwszy powód tkwi w samym fundamencie europejskiej tradycji muzycznej. To kultura zapisu, partytury, hierarchii. Kompozytor jest prawodawcą, wykonawca – interpretatorem. Tymczasem improwizacja wolna nie uznaje tych granic: jest jednocześnie kompozycją i wykonaniem, ruchem twórczym dokonującym się poza kontrolą autorytetu. Dla wielu muzyków klasycznych to zbyt duże przesunięcie odpowiedzialności: nagła konieczność decydowania o formie i brzmieniu tu i teraz bywa paraliżująca.
Drugi powód jest bardziej praktyczny: klasyczna edukacja – choć historycznie wywodząca się z tradycji improwizacji – dziś jej nie uczy. Profesorowie nie improwizują, więc nie czują również kompetencji, by oceniać lub prowadzić badania w tej dziedzinie. Stąd bierze się przekonanie, że improwizacji nie da się analizować, że nie ma metodologii, że to „zbyt ulotne”, by stać się tematem pracy naukowej. A przecież współczesne nauki kognitywne, psychologia muzyki czy studia nad procesem twórczym dostarczają narzędzi, których akademie muzyczne po prostu jeszcze nie znają lub nie chcą przyjąć.
Jest też aspekt psychologiczny: wolna improwizacja odbiera komfort przewidywalności. W muzyce klasycznej niemal wszystko da się przygotować: artykulację, intonację, frazę. Improwizacja wymaga zaakceptowania ryzyka, błędu, niepewności. Trzeba słuchać innych, a nie polegać na partyturze. Trzeba odsłonić własną intuicję. Jednym to daje wolność – inni czują się z tym niepewnie, więc reakcją bywa deprecjacja.
Wreszcie – improwizacja jest radykalnie demokratyczna. Nie ma dyrygenta, nie ma hierarchii, nie ma linii podziału: „kompozytor – wykonawca”. Wszyscy uczestnicy współtworzą strukturę, negocjują przestrzeń, współoddychają. Dla środowisk przyzwyczajonych do porządku i autorytetu to model wręcz rewolucyjny.
A jednak improwizacja nie znika. Wręcz przeciwnie – z roku na rok wyraźniej widać, że jest jedną z najciekawszych dróg rozwoju współczesnej muzyki. Coraz więcej twórców odkrywa ją jako przestrzeń autentycznej wspólnoty dźwięku, a naukowcy – jako laboratorium procesów poznawczych, relacyjnych i emocjonalnych. Na koncertach, warsztatach i w rozmowach z muzykami obserwuję coś, czego instytucje wciąż nie chcą dostrzec: powrót do muzyki jako działania żywego, spontanicznego, opartego na uważności.
Dlatego pytanie „dlaczego klasycy nie lubią improwizacji?” coraz częściej wydaje mi się pytaniem z innej epoki. Może nie chodzi o to, że improwizacja „nie jest muzyką”, lecz o to, że pokazuje ona pęknięcia w systemie, który przez lata trzymał się własnych dogmatów. Improwizacja ujawnia, że muzyka może istnieć bez kontroli kompozytora, bez zapisu, bez hierarchii. A to, wbrew pozorom, bywa dla instytucji bardziej niepokojące niż jakiekolwiek brzmienie.
Ja natomiast – jako muzyk i badacz – nie zamierzam z tej drogi schodzić. Improwizacja wciąż odkrywa przede mną przestrzenie, których nie da się zamknąć w żadnym wniosku grantowym ani w żadnej komisji egzaminacyjnej. I może właśnie dlatego warto o niej pisać – i o nią walczyć.
Ryszard Wojciul