! Wywiad

Witold Janiak: Razem niesiemy lektykę

Obrazek tytułowy

fot. Aleksandra Korszuń

Trzej królowie przychodzą z jazzową nowiną. Na czele orszaku stoi Witold Janiak, a towarzyszą mu w muzycznej wędrówce saksofonista Sajmon Bońkowski oraz perkusista Kacper Kaźmierski. Podarowują sześć utworów autorstwa lidera oraz jeden Krzysztofa Komedy. Snują w nich pełną rytmicznej pulsacji opowieść z charakterystycznym brzmieniem organów Hammonda i wyrazistymi dialogami tego instrumentu z saksofonem i perkusją. To jazz pełen energii i groove’u.

Witold Janiak-Trzej Królowie.jpg

Witold Janiak – Trzej królowie


Damian Stępień: Dostrzegam lekką autoironię w tytule albumuTrzej królowienagranego przez trio. Skąd taki pomysł?

Witold Janiak: Bardzo słusznie. Autoironia to jeden ze sposobów patrzenia na świat i czasem staje się jedną z form obrony przed tym, co w nim może być dla nas obce. To sposób wewnętrznej emigracji. Czasem zdarza się spotkać kogoś, kto widzi świat podobnie i to, co było autoironią, może stać się płaszczyzną do wspólnych działań.

Skąd taki pomysł? Dość trudno było znaleźć jakiś plastyczny obraz tego, co nas określa, złapać coś, co opowiada o nas i o naszej muzyce. Pomysł urodził się na jakimś koncercie, gdy zostaliśmy udekorowani przez Kacpra zdobycznymi, tekturowymi koronami. Pomysł był zupełnie spontaniczny i początkowo nie kryła się za nim żadna sugestia czy idea.Z czasem, ku naszemu zaskoczeniu, odnaleźliśmy się w tym obrazie. Zaczęło nam zależeć na tym, by być identyfikowanymi właśnie w taki sposób. Głównie dlatego, że samotna wędrówka, nawet w imię wielkiej idei może okazać się zbyt trudna. Dlatego nasze królestwo ma trzech króli…

W swoim dorobku artystycznym masz m.in. takie albumy jak Zagrajcie swoją muzykę, na którym sięgasz do polskiego folkloru,i nagrany z kwartetem smyczkowym Noesis, o którym powiedziałeś, że to „rozrachunek z klasyczną przeszłością”. Najnowszej płycie chyba jednak najbliżej jest do Jesteśmy z 2010 roku. Z pewnością łączy je utwór Usiądź przy stole i zjedz banana.

Ten utwór znalazł się tu dlatego, że bardzo go lubimy, ale raczej nie uważam, żeby te płyty coś jeszcze łączyło. Chociaż może to, że przez całe te 15 lat, jakie upłynęły od tamtego czasu, nie zmieniła się we mnie potrzeba otaczania się ludźmi, którzy gwarantują dobre samopoczucie na scenie i poza nią. To ma wpływ na przekaz i sprawia, że rozchodzimy się po koncercie w poczuciu uczestniczenia w czymś istotnym i zmieniającym świat na lepsze. Zawsze się wydaje, że bieżący fragment życia jest dla nas optymalny, że „ten” skład jest najlepszy, że „ta” muzyka najistotniejsza. Po latach perspektywa trochę się zmienia, ale okazuje się, że muzyczna droga, którą muzycznie kroczymy, zmierza w kierunku właściwym, choć trudnym do zdefiniowania na bieżąco. Tak jest i w przypadku Trzech króli.

W tej konfiguracji jest ogrom zabawy, satysfakcji, autentycznego współdziałania i bardzo mało jest miejsca na tzw. akompaniament. Zawsze mam wrażenie, że ktoś gra ze mną, a ja z nim. Tutaj trzech ludzi niesie lektykę, ale konfiguracja cały czas się zmienia i jeśli przed chwilą byłeś na górze to teraz jesteś na dole i czujesz z tego taką samą satysfakcję. Ta konstrukcja cały czas prze do przodu właśnie dlatego, że jest efektem wspólnego wysiłku.

Co do Zagrajcie swoją muzykę i Noesis to na tych płytach pojawiło się zauroczenie ludowymi motywami i naturalna potrzeba opierania kompozycji na ludowej specyfice melodii i rytmu. Również i na najnowszej płycie jest tego sporo, i te elementy bardzo naturalnie splatają się z naszym, tak przecież dalekim od ludowego, składem instrumentalnym.

O Trzech królach możemy przeczytać w notce prasowej, że to m.in. próba uchwycenia istoty tria jako formy: pełnej interakcji, muzycznej telepatii i przestrzeni dla każdego z głosów. Czym jest dla ciebie wspomniana muzyczna telepatia?

Muzyczna telepatia pojawia się wtedy, gdy w relację wkłada się prawdę i szczere zaangażowanie. W moim odczuciu to jedyna droga, by stworzyć muzykę, która ma siłę przejeżdżającego walca — oczywiście w najlepszym tego słowa znaczeniu. Mam w domu kilka takich płyt, które… wyniosłem z auta — nie dlatego, że były złe, tylko dlatego, że były zbyt dobre! Zdarzało mi się, że wracając zmęczony do domu, zamiast zgasić silnik i pójść spać, włączałem kolejny utwór, po czym wracałem do sali prób, żeby poćwiczyć. To było silniejsze od zmęczenia i zdrowego rozsądku. Pamiętam też koncert, po którym nie byłem w stanie w ogóle zasnąć. Usiadłem do pianina i próbowałem grać to, co usłyszałem. To było nie do powstrzymania.

W każdym wspomnianym przypadku była to muzyka grana w triu. W takiej konfiguracji każdy głos ma znaczenie, a wspólna przestrzeń tworzy coś znacznie większego niż suma części. Dobra muzyka ma taką właściwość, że szara rzeczywistość za oknem nagle wydaje się dużo wartościowsza, jakby na chwilę została przefiltrowana przez coś bardziej prawdziwego. Po dobrym koncercie zawsze czuje się siłę i chęć do działania. Bardzo bym chciał, żeby to, co tworzę, choć trochę „zachwycało do pracy”, jak to ujął Norwid. Zachwycało, czyli porywało, pociągało.

Wracając do samej muzyki na albumie Trzej królowie. Mam takie odczucie, chociażto może kwestia tego, że wychowałem się w tym nurcie, ale słyszę na tym krążku rockowy pazur. Szczególnie w partiach organów, chociażby w utworze Subtitles.

Chyba każdy instrument poprzez swą konstrukcję proponuje jakiś konkretny rodzaj brzmienia i faktury. Nie inaczej jest z organami Hammonda. To brzmienie prowadzi nas w rockowe rejony nawet bardziej niż w rejony muzyki stricte organowej. Słyszałem kiedyś taką historię, że Laurens Hammond stworzył organy dla jakiegoś swojego znajomego, żeby tamten nie musiał za każdym razem pokonywać wielu kilometrów do kościoła w celu ćwiczenia.

Obydwa kierunki okazały się dla mnie owocne. Po pierwsze, ten „rockowy pazur” zmaterializował się i jest obecny na płycie oraz po drugie – zacząłemintensywnie interesować się klasyką organową i odkrywać dla siebie organy piszczałkowe. Okazało się że Hammond prowadzi zarówno do Jona Lorda, jak i Bacha; tak jak fortepian prowadzi do Chopina.

Nie jestem jakimś wybitnym znawcą rockowo-hammondowej klasyki i o większość tych brzmień z płyty „obwiniałbym” sam instrument. On się po prostu sam prosił o takie dźwięki i to on ich potrzebował. Jak sobie przypominam pracę nad płytą, to mam wrażenie, że wtedy stałem jakby z boku i w pewnym momencie przyszło mi do głowy: „Ok. Idziemy w to! To jest fajne!”.

Wspomniałeś o atutach formuły, jaką jest trio. Czy na koniec mógłbyś przedstawić pozostałych muzyków?

Szymon Bońkowski grający na saksofonie, jest także producentem muzycznym oraz spełnia się jako nauczyciel. Jest absolwentem łódzkiej Akademii Muzycznej, uczestnikiem wielu festiwali, członkiem zespołu Brassers; to muzyk bardzo aktywny na wielu płaszczyznach, od jazzu do rapu.

Kacper Kaźmierski to perkusista, laureat licznych konkursów (Jazz Juniors, Blue Note Poznań Jazz Competition, RCK Pro Jazz), stypendysta programu Młoda Polska. Absolwent Akademii Muzycznej w Krakowie, doktorant UMCS, wykładowca Akademii Muzycznej w Łodzi.

Obaj panowie mają niesamowicie szerokie horyzonty muzyczne i mimo młodego wieku – przebogate doświadczenie sceniczne. Stanąć z nimi na jednej scenie to dla mnie zawsze ogromne przeżycie.

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO