Papierowy JazzPRESS
Relacja

My FavoriteThings (or quite the opposite…): Jazz funerals

Obrazek tytułowy

Nie tak dawno pisałem na łamach tej rubryki o „jazzie weselnym”. Cóż, przyszła jesień, listopad za pasem, czas na jazz… pogrzebowy. Wiosną tego roku ukazała się nowa powieść Mariusza Czubaja zatytułowana Około północy. Mówiąc w dużym uproszczeniu – kryminał. Fakt ten nie dziwi, jako że Czubaj znany jest przede wszystkim jako autor powieści kryminalnych, za które został już dwukrotnie nagrodzony Nagrodą Wielkiego Kalibru. Prawdopodobnie znacznie węższe grono czytelników wie, że Czubaj to także antropolog kultury oraz muzyk – założyciel freejazzowej grupy Kornet Olemana oraz saksofonista pojawiający się gościnnie z grupą Zgniłość. W książce Około północy dają o sobie znać wszystkie trzy wcielenia autora.

Akcja powieści rozpoczyna się na pogrzebie Krzysztofa Komedy w kwietniu 1969 roku, a kończy pogrzebem jednego z bohaterów – niewidomego geniusza fortepianu (Wieńczysława Goszcza, bez wątpienia alter ego Mieczysława Kosza) i informacją o śmierci Marka Hłaski.

Sam fakt umiejscowienia pogrzebów jazzmanów w fabule nie stanowiłby jednak dostatecznego powodu do podjęcia tego tematu. Kluczowa jest postać głównego bohatera, jazzowego kontrabasisty, dla którego podstawowym sposobem codziennego zarobkowania jest gra podczas ceremonii pogrzebowych. Jak zauważa narrator, skrzypce, trąbka czy wokal intonujący Ave Maria na cmentarzu nikogo nie powinny zaskoczyć – ale kontrabas? „Kontrabas brzmi między nagrobkami jak należy, a głębokie tony i wydobywane smyczkiem dźwięki, dobywane jakby spod powierzchni, sprawiają, że ziemia drży, jakby na chwilę ożywali zmarli i podawali rękę nowo przybyłym”. Tak o cmentarnej grze na tym instrumencie mówi bohater. Jego profesja zostaje określona przez kolegów ze świata jako „necrojobs”.

Jazz na pogrzebach nie jest jednak zjawiskiem nowym. Mam na myśli słynne nowoorleańskie jazz funerals. Tradycja ta ma kilka źródeł. Pierwszym skojarzeniem jest najczęściej afrykańska obrzędowość plemienna. Nowy Orlean był jednym z głównych ośrodków handlu niewolnikami, wraz z którymi do Stanów przywędrowały ich zwyczaje. Bębny i śpiewy miały pomóc zmarłym w drodze w zaświaty. Ale nie byłoby pewnie pogrzebów z jazzowym akompaniamentem, gdyby nie biali kolonizatorzy. Wojskowe orkiestry dęte uświetniały swoją grą wszystkie oficjalne uroczystości, w tym pochówek zarówno mundurowych, jak i cywilnych oficjeli. Orkiestra na pogrzebie nadawała odpowiednią rangę wydarzeniu. Kiedy więc jazzowe bandy pojawiły się na pogrzebach wykluczonych społecznie czarnoskórych mieszkańców Luizjany, było to także aktem politycznego i społecznego protestu. Nawiązanie do formy oficjalnej państwowej ceremonii przez ludność pozbawioną w zasadzie jakichkolwiek praw było próbą podważenia pojęć władzy i prestiżu, jakie niósł ze sobą państwowy pogrzeb.

Tradycyjny pogrzeb jazzowy rozpoczynał się często już w domu zmarłego podczas „wyprowadzenia zwłok”. Dziś zespół najczęściej towarzyszy konduktowi z kościoła lub domu pogrzebowego i prowadzi go na cmentarz. Początkowo zespół gra pieśni pogrzebowe i tradycyjne hymny, jednak w drodze powrotnej muzyka nabiera tempa, w repertuarze pojawiają się When The Saints Go Marching In czy Didn't He Ramble, a uczestnicy uroczystości nierzadko zaczynają tańczyć. Pochodzący z Nowego Orleanu Sidney Bechet, powiedział kiedyś: „Muzyka tutaj jest zarówno częścią życia, jak i śmierci”. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, widzimy wyraźnie, że poza aspektem społecznym i przede wszystkim, dla uczestników, osobistym, jazzowe pogrzeby stanowią także część kulturalnej i turystycznej historii Nowego Orleanu, a co za tym idzie, stają się elementem gospodarki miasta. Rodzi to rzecz jasna dosyć fundamentalny konflikt – czy głębokie przeżycie duchowe, żal i atrakcja turystyczna mogą współistnieć w tym samym rytuale?

Mimo że czasy się zmieniły, społeczny wymiar jazzowych pogrzebów jest nadal żywy – choć w innych kontekstach. W sierpniu 2006 roku mieszkańcy Luizjany zorganizowali potężny pogrzeb jazzowy na cześć ofiar huraganu Katrina. Wzięli w nim udział także mieszkańcy sąsiedniego stanu Missisipi. Procesję prowadził zaprzężony w konie karawan, na którym spoczywała pusta trumna. Z kolei 20 stycznia 2017 roku grupa amerykańskich demonstrantów zorganizowała pogrzeb jazzowy dla Lady Liberty. Zespół oraz ubrani na czarno uczestnicy towarzyszyli spoczywającej w trumnie replice Statuy Wolności. Dla przypomnienia – 20 stycznia był dniem inauguracji prezydentury Donalda Trumpa.

Jazzowe ceremonie pogrzebowe towarzyszyły też ikonom popkultury, zarówno rzeczywistym, jak i wyimaginowanym. W 2015 roku jazzowy pogrzeb B.B. Kinga zatrzymał ruch uliczny w Memphis. Tradycyjny jazzowy zespół pogrzebowy odprowadzał podczas ostatniej drogi karawan mistrza i jego ukochaną gitarę. Wiele lat wcześniej, w filmie Żyj i pozwól umrzeć (1973) świadkiem jazzowego pogrzebu w Nowym Orleanie jest sam James Bond.

Wracając do powieści Czubaja – autor wprowadza w niej kilka „poziomów wtajemniczenia” w jazzową materię. Myślę, że wszyscy czytelnicy kryminałów, którzy sięgną po tę książkę, bez problemu zidentyfikują postacie Komedy czy Trzaskowskiego. Część, ta bardziej zorientowana w historii polskiego jazzu, może skojarzyć zbieżność nazwisk i biografii Mieczysława Kosza i Wieńczysława Goszcza. Na koniec pozostają smaczki, które będą czytelne dla miłośników współczesnych, zdecydowanie bardziej niszowych wykonawców. Zespół, w którym główny bohater realizuje swoje freejazzowe zapędy, to… Kornet Olemana (wspomniana wcześniej grupa Czubaja). Ponieważ nazwa jest raczej niezrozumiała dla słuchaczy, muzyk rozważa jej zmianę na Zgniłość. Powieściowy wajdelota – bezdomny Quasimodo, zwany Kwazim, twierdzi jednak, że na taką nazwę jest jeszcze za wcześnie (dla przypomnienia – w powieści mamy rok 1969). Kwazi mówi: „Wpierw umrze wielki starzec w białej szacie. Potem zginie wielu znanych ludzi. I dopiero nadejdzie czas na Zgniłość”.

Nie pozostaje nam nic innego, niż cieszyć się, że dożyliśmy czasów, kiedy możemy na żywo posłuchać Zgniłości z gościnnym udziałem Mariusza Czubaja na saksofonie. I to niekoniecznie na pogrzebie. Dla dociekliwych – utwór Kumanie Komedy (Kornet Olemana), który odgrywa niebagatelną rolę w powieści – do odnalezienia w sieci.


Tekst ukazał się w magazynie JazzPRESS 10/2019

Tagi w artykule:

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO