Papierowy JazzPRESS
Płyty Recenzja

Zeitkratzer & Mariam Wallentin – The Shape Of Jazz To Come

Obrazek tytułowy

Zeitkratzer Records / Bocian, 2020

Prowadzony od ponad dwudziestu lat przez pianistę Reinholda Friedla zespół Zeitkratzer wsławił się przede wszystkim brawurowymi reinterpretacjami klasycznych utworów dwudziestowiecznej awangardy, ze szczególnym uwzględnieniem kompozycji elektronicznych, rozpisanych w nowych aranżacjach na zestaw instrumentów akustycznych eksplorujących w ten sposób nowe terytoria brzmieniowe. Muzycy Zeitkratzera nie czynią przy tym żadnej różnicy dla muzyki „klasycznej” i „popularnej”, jednakowo traktując w swych eksperymentach i akademickich klasyków (Cage, Lucier, Stockhausen), i popowych eksperymentatorów (Kraftwerk, Thaemlitz, Reed). Tym ciekawiej wypada zatem zwrot w kierunku korzeni nowoczesnej muzyki „rozrywkowej”, czyli jazzu, po który Friedl i jego muzycy sięgają na płycie o wymownym, aluzyjnym tytule The Shape Of Jazz to Come.

Wbrew tytułowej sugestii nie znajdziemy tu alternatywnych wersji słynnych utworów z albumu Ornette’a Colemana, który zwiastował narodziny free jazzu. Scenę awangardową reprezentuje na tym wydawnictwie przede wszystkim otwierający płytę utwór The Bird Song pochodzący z debiutu Richarda Abramsa Levels and Degrees of Light (1968). Pozostałe utwory to w większości nieśmiertelne jazzowe klasyki, w tym Cry Me A River, Jelly Roll Blues, Strange Fruit czy My Funny Valentine dopełnione nowszą kompozycją Geri Allen Drummer Song. Sięgając po nie, Zeitkratzer mierzy się zatem nie tylko z dziedzictwem muzyki afroamerykańskiej, ale też z tradycją niezliczonych wykonań i interpretacji tych utworów, w których wybrzmiewają głosy najświetniejszych postaci światowego jazzu.

Całość jest zapisem koncertu, jaki tentet Friedla – z wokalistką Mariam Wallentin – dał podczas krakowskiego festiwalu Sacrum Profanum we wrześniu 2018 roku. Muzyka na tym wydawnictwie jest intymna i kameralna, skupia się w znacznym stopniu na brzmieniowym detalu rodzącym się z sonorystycznego potencjału improwizacji, dla której jazzowe partytury stają się swoistym pre-tekstem – zachętą do wyjścia poza wykonawczy kanon, w kierunku swobodnej, choć nad wyraz zdyscyplinowanej, wyobraźni. Nie oznacza to bynajmniej, że brak tu momentów o niezwykle wysokim ładunku ekspresji (imponująca kulminacja The Bird Song), lecz jest to ekspresja raczej „kameralistyczna” niż „barowa” i bardziej wiedeńska niż nowoorleańska. To jednak oczywiście tylko słowa, które zwykle gubią po drodze istotę tego, co muzyczne i co ostatecznie doskonale obroni się samo, przynosząc obraz jazzu, który szukając nowych ścieżek, niezmiennie zwraca się ku własnym korzeniom.

Autor: Dariusz Brzostek

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO