Płyty Recenzja

Tomasz Stańko – Polish Radio Sessions 1970-1991

Obrazek tytułowy

(Agencja Muzyczna Polskiego Radia, 2025)

Ten sześciopłytowy boks z nagraniami Tomasza Stańki zatytułowany Polish Radio Sessions 1970-91 natychmiast zrobił furorę wśród polskich jazzfanów. Dla wielu stał się jednym z największych wydarzeń fonograficznych roku (zob. pozycja w rankingu JazzPRESSu za miniony rok). Odnotujmy więc, co w tym potężnym zestawie się znalazło.

Płyta numer jeden zawiera nagrania poczęte w latach 1970 i 1971 przez najwybitniejszy zespół Stańki z Muniakiem, Seifertem, Stefańskim i Suchankiem. Kwintet – ten sam, który stworzył Music for K – zabrał się nie tylko za autorski materiał, ale też za kompozycje Komedy. Nie ma żadnych wątpliwości, że jest to absolutna czołówka – nigdy wcześniej ani później nie mieliśmy zespołu na światowym poziomie, który by przy tym był tak prekursorski. Europejski free jazz, który Stańko szturmem wprowadził na salony – owszem, inspirowany muzyką Ornette’a Colemana i Dona Cherry’ego– prezentował własny język muzyczny bliski zarówno białej europejskiej awangardzie symfonicznej, jak i nowatorskim ruchom free improv.

Melodyka komedowska towarzyszy wszystkim numerom: otwierająca Kattorna polskiego pianisty wybrzmiewa z historyczną mocą, Puszcza w rzeszy wraz ze Stressem uruchamiają z jednej strony klaksonową kakofonię, a z drugiej żałobne melodie – idiosynkrazje naszych „krzykaczy” lat 70., czyli ówczesnych Stańki, Muniaka i Seiferta, to temat na oddzielny tekst. Dostajemy też sporą dawkę okcydentalnej harmoniki, która tak znakomicie wybrzmiała na Music for K. Zwróćmy na to uwagę podczas odsłuchu słynnej Kołysanki Komedy zagranej tutaj, zanim została przeorana przez regresywny mainstream i zamieniona w standard do kotleta. Piękno i groza w amalgamacie free. Uwaga – na drugiej części płyty Seifert chwyta za skrzypce, które stały się jego znakiem rozpoznawczym. Od czasu tych nagrań żaden Polak nie grał już chyba na tym instrumencie aż tak wyzywającej, a przy tym kunsztownej muzyki.

Krążek drugi posuwa nas o kilka lat do przodu. Stańko w triu z Adamem Makowiczem na Rhodesie i Czesławem Bartkowskim na perkusji sprawdzili się w aranżacji klasycznych numerów minionej epoki na nowoczesne fusion. Chropowaty ton trąbki świetnie miesza się w tych improwizacjach z futurystycznie brzmiącym fortepianem elektrycznym Makowicza. Materiał klasyczny, ale i wymagający: są tu standardy, ale też łamigłówki Trane’a – trio porywa się na Giant Steps i Countdown – oba fajnie zniuansowane, może nawet na siłę odcięte od oryginałów; ale to na plus: lepiej że zespół trzyma się swojego stylu, chociaż znak towarowy Makowicza, czyli jego tatumowskie fortepianowe przebiegi, nie mogą nie wypaść przy „brudnym” Stańce nad wyraz wirtuozersko.

Numer trzy zestawu to już band z Szukalskim, jednak nie jest on pochodną TWET ani Balladyny (choć echa obu mogą zabrzmieć). Ten projekt jest trochę piaskownicą Szukalskiego do zabawy z różnymi dęciakami: tenor, sopran, klarnet basowy – w dodatku z overdubbingiem, co zdominowało brzmienie albumu. Utwory te rozwijają się długo, aranżacje zostały zaplanowane. Podoba mi się, że ten suplement do współpracy Stańki z Szukalskim zawiera tak duży nacisk na brzmienie i pomysły tego drugiego. I choć ów Zamek Mgieł (tak zatytułowana jest trzecia płyta) uzupełnia jedynie perkusja Bartkowskiego, to dzięki technicznym nowinkom słyszymy tutaj rozmach sięgający nawet kwintetu. Wpływ europejskiego jazzu, typu John Surman, najpewniej skierował Stańkę w ramiona Manfreda Eichera – Balladyna powstawała w tym samym okresie. Tutaj jednak tytułowa quasi-suita jest jedynie pretekstem dla żarliwego free, a studyjne nakładki potraktowane są raczej jako materiał do rozwalenia niż ambitna pompa dla pseudofilharmonijnej konwencji. Jakże silna była pocztówka freejazzowa z Polski AD 1975!

Przenosząc się do płyty czwartej, zmieniamy całe dźwiękowe imaginarium trębacza. Zaiste, była to kolejna mocna dekada w jego karierze. Elektroniczne bzyczenia syntezatorów (spod palców Tadeusza Sudnika oraz Janusza Skowrona) i precyzyjne nowofalowe riffy basu Witolda Szczurka są krajobrazem dla unowocześnionej gry Stańki. Rozchełstane pogłosami, pełniejsze brzmienie jego trąbki, które wypracował w latach 80., to także efekt jego eksperymentów z nowymi przestrzeniami (Taj Mahal) i produkcyjnymi możliwościami. Pożegnanie z Marią, tutaj jako Almost Gama, to z jednej strony sukces kompozytorski, a z drugiej przykład umiejętnego inkorporowania nowoczesnych technik i wyczucia zeitgeistu. Stańko unikał kiczu i tandety – dziewięć elektronicznych numerów z tej płyty udowadnia, że dla niego istotne były poszukiwania artystyczne, a nie jedynie podążanie za trendami.

Rue De La Tour, czyli dysk piąty, to kameralne improwizacje Stańki w duecie z kontrabasistą Witoldem Szczurkiem, z którym współpracował sporą część lat 80. Jest to też najnowsza muzyka w boksie, zarejestrowana w roku 1991, niedługo przed jego powrotem do ECM, co stanowiło ostatni etap twórczości artysty. Sześć znakomitych improwizacji, nieraz z naprawdę pomysłowymi aranżacjami ad hoc. Porywczo pulsujące The Two First, the Third and A Few Others prezentuje szalony dialog szarpanego kontrabasu z trąbką niczym Duke na Money Jungle goniący za wkurzonym Mingusem; albo Almost Black, znany m.in. z Taj Mahal – tutaj kontrapunktowy free improv, niepozbawiony jednak melodyjności, wyrastającej na ekspresji Stańki i niezwykłym liryzmie Szczurka.

Na koniec dostajemy próbkę nowofalowego rocka. Wydaje się, że trochę od czapy, jednak i ta strona działalności Tomasza Stańki jest tutaj zawarta. Swój jazz ubogacał on przecież o elementy elektroniki czy muzyki świata, a swoim graniem wspierał także nagrania gwiazd popu i rocka– nagrywał z Maanamem, a nawet tworzył telewizyjne dżingle. Jazz Rock Company: Live at Aquarium to zarejestrowany przed radiową Czwórkę występ rockowego bandu z gitarzystą Apostolisem Anthimosem. Dwa basy (Szczurek – kontrabas i Jerzy Kawalec – bas elektryczny) oraz dwóch perkusistów (Andrzej Ryszka – perkusja i José Torres – kongi) wspierają rytmicznie jazzrockowy jam, którego treść opiera się w dużej mierze na ejtisowych riffach i arpeggiach Anthimosa. Latynoskie naleciałości od Torresa połączone z przesterowanymi gitarami były pewną nowością u Stańki – oto początki supergrupy C.O.C.X., która występowała głównie w kwartecie (bez Kawalca i Ryszki). Siłą rzeczy jest to najluźniejszy punkt całego boksu, ale to nadal muzyka eksperymentalna– południowoamerykański groove i funkowy bas rozgrzał niejedną salę koncertową zakurzoną przez moratorium stanu wojennego.

Sześć różnych płyt i sześć różnych zespołów składa się na małą dyskografię alternatywną naszego najsłynniejszego trębacza. Oto znakomity przykład, jak powinno się robić pośmiertne wydawnictwa uznanych artystów. Bierzcie i słuchajcie z tego wszyscy.

Piotr Zdunek

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO