(Music Corner Records, 2025)
Czołowy polski gitarzysta młodego pokolenia Szymon Mika namieszał już na rodzimej scenie całkiem sporo w kilku składach, w tym w triu z Maxem Muchą i Zivą Ravitzem. Jednak to dopiero zeszłoroczna Agma przyniosła mu laury, na które od lat pracował. Zastylistyczny i emocjonalny rozmach tej płyty odpowiada kwintet złożony – oprócz lidera naturalnie – z samych wyjadaczy: basisty Andrzeja Święsa, słowackiego trębacza Oskara Töröka, węgierskiego perkusisty Pétera Somosa i południowokoreańskiej śpiewaczki Song Yi Jeon. Dziewięć niebanalnych kompozycji, wszystkie autorstwa lidera, na ogół pieczołowicie zaaranżowanych – w tym jedna piosenka (Cosmic Sand z tekstem Aleksandry Świerk) – składa się na prawie godzinę muzyki. Początkowo może wydawać się ona mało urozmaicona, jednak z każdym następnym odsłuchem odsłania masę smaczków wynagradzających poświęconą jej uwagę.
Stylistycznie Mika stawia na liryzm i nastrojowość swoich kompozycji. Stanowią one sprawne wymieszanie współczesnej kameralistyki z mniej oczywistymi w tej konwencji eksperymentami brzmieniowymi – przywodzącymi na myśl gitarową ekwilibrystykę Mary Halvorson, dodatkowo wzmocnionymi kojącym tonem trąbki rodem z nagrań Kenny’ego Wheelera. Siła Miki tkwi w aktualizacji brzmienia swoich poprzedników, czemu służy w pełni autorski repertuar, z melodyką nasączoną różnymi tradycjami: od jazzu skandynawskiego po wyraźne echa folku i ambientu.
Najlepiej wychodzi to w numerach, które nie meandrują, tylko chwytają wszystkie sroki za ogon i manifestują się jako konkret. Taki jest np. mój faworyt, utwór tytułowy, z uroczą gitarą akustyczną i chłodnym solem trąbki Töröka. Podobnie Sacred czy Wire Face – działają najlepiej, gdy nie wychodzą poza szkielet utworu i leniwie, lecz stanowczo, prą do przodu. Nawet w tym drugim, stanowiącym flirt z wolną improwizacją, sonorystyczne laboratorium jest pod kontrolą, a duża w tym zasługa Święsa i jego doświadczenia – decyduje się on na szarpany groove zamiast dialogującego, nieregularnego brzdąkania.
Pozytywnym zaskoczeniem okazuje się także piosenka Cosmic Sand. Śpiewana przez Yi Jeon ma w sobie coś z celtyckich wybryków Kate Bush – co zapowiadały zresztą jej orientalne wokalizy w poprzednich numerach – a przy tym nie rozbija albumu stylistycznie, tylko wzmacnia jego narracyjny wymiar. Nieco mniej podobały mi się momenty, w których Mika dał się uwieść progfolkowej wyobraźni i pogłosom new age'u, jak w utworze Night Waltz. Zawiera on nieco przydługie preludium do właściwej „akcji” utworu, jaką jest sukcesywna destrukcja tej baśniowej sielanki w soundscape pełen szmerów i chrzęstów.
Nie wyłapie się tego wszystkiego, słuchając Agmy przy okazji. Ta muzyka wymaga skupienia i uwagi odbiorcy. Rozciągła produkcja pozwala wybrzmieć dynamice, w której wykazać się może lider. Jego akompaniament raz po raz skacze od delikatnych akustycznych pociągnięć przez przesterowany blues aż po glitchujące noise’owe przeszkadzajki; nie mówiąc naturalnie o jego erudycji jako solisty i słusznie chwalonej nienachalnej wirtuozerii. Zmieścić aż tyle różnych brzmień w tak jednak silnie określonym dźwiękowym środowisku to nie lada sztuka. Należy więc docenić robotę producencką Ignacego Gruszeckiego, miks Michała Kupicza oraz mastering Magdaleny Piotrowskiej.
A zatem Agma brzmi dobrze, czaruje, relaksuje, wprawia w zadumę i dodaje sił.Jeszcze jeden powód, by cieszyć się z możliwości, jakie polscy muzycy jazzowi zyskują dzięki międzynarodowym kontaktom i artystycznemuotwarciu na inne kultury.
Piotr Zdunek