Płyty Recenzja

The Necks – Disquiet

Obrazek tytułowy

(Northern Spy Records, 2025)

W czasach, gdy przekaz podlega notorycznemu skracaniu, jego intensywność kondensuje się do maksimum. Muzycy coraz chętniej koncentrują się więc nawydawaniu pojedynczychutworów,kierując je w efemeryczną przestrzeń mediów społecznościowych. Australijski zespół The Necks, który współtworzą: Chris Abrahams (fortepian, organy, syntezatory), Tony Buck (perkusja, gitara) i Lloyd Swanton (kontrabas, gitara basowa), zdaje się nie przystawać do tych realiów. Dość powiedzieć, że najnowszy album Disquiet promuje 26-minutowy singiel...

W wywiadzie dla australijskiejedycji magazynu Rolling Stone Swanton zapytany, czy nagrywanie Disquiet różniło się od innych produkcji, jednoznacznie zaprzeczył: „po prostu spędziliśmy w studiu wyjątkowo owocny czas i w rezultacie powstały cztery odrębne utwory, które, jak stwierdziliśmy, świetnie się uzupełniają”. Trudno jednak nie dostrzectu znamion wyjątkowości – mamy w końcu do czynienia z trzydziestą pozycją w dyskografii (a dwudziestą studyjną) tria, które za rok obchodzić będzie jubileusz 40-lecia działalności. Disquiet wydaje się doskonałym odzwierciedleniem monumentalności tych liczb.

Sama objętość wydawnictwa jest niespotykana – na trzech płytach zmieściły się ponad trzy godziny muzyki, a najdłuższa kompozycyjna Ghost Net trwa grubo ponad godzinę. Choć specyfika pracy zespołu pozostała niezmienna – cierpliwie wykuwa melodię, powtarzając improwizowane frazy, które każdy z członków subtelnie modyfikuje, to efekt jest zaskakująco bogaty stylistyczne. Oczywiście mając do dyspozycji tak rozległą objętość nagrania,artyścimogli pozwolić sobie na dowolniejszą eksplorację, nie czuje się jednak, by było to jakkolwiek wymuszone. Gra jest tak samo płynna i organiczna jak na poprzednich produkcjach, dominuje też podobny zestaw instrumentów – fortepian, kontrabas i perkusja, któreco ruszprzenika cała gama dźwięków z niejasnych źródeł.

Zespół przywykł do niewyszczególniania instrumentarium użytego w studiu, by oddać jak największe pole wyobraźni słuchacza. Tutaj nawet wyodrębnienie utworów nie narzuca sposobu ich odbioru – celowo nie numerowano płyt, by nie sugerować kolejności ich odtwarzania. Co więcej, osiągnięto rzadki efekt, że niezależnie, czy odsłuch ma charakter fragmentaryczny, czy bardziej całościowy, każdorazowo wytwarza się podobne poczucie zatrzymania w czasie. Tylko od nas zależy, jak tę chwilę wykorzystać. Otwartość muzyki daje równie intrygujące doznania przy skupieniu na detalach, jak i bezwiednym poddaniu się przepływowi improwizacji.

W jednym z tekstów pochylających się nad stylemAustralijczyków natknąłem się na stwierdzenie, że„nie jest on całkowicie awangardowy ani minimalistyczny, ani ambientowy, ani jazzowy, tylko demokratyczny”. To perfekcyjne porozumienie i nonkonformizm od dekad są wizytówką The Necks. Myślę, że właśnie dlatego Disquiet nie mógł być intencjonalnym podsumowaniem ich kariery czy deklaracją należnego statusu. Podobnie bowiem jak sposób gry tria, tak charakter opisywanego (i wcześniejszych) albumu nie wynikają z kalkulacji, ale wyczucia chwili – wyjątkowej intuicji, jaką zawsze imponowali jego członkowie.

Jakub Krukowski

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO