Papierowy JazzPRESS
Płyty Recenzja

Maciej Gołyźniak Trio – The Orchid

Obrazek tytułowy

Polish Jazz, vol. 85, Polskie Nagrania / Warner Music Polska, 2020

Po ponad 40 latach od ukazania się w Polish Jazzie albumów Czesława Bartkowskiego i Kazimierza Jonkisza znów do głosu doszedł perkusista. Tym razem 85. wolumen słynnej serii wyszedł spod pałek i werbli człowieka definiującego wolność twórczą czarno-białym ostinato i polifoniczną rozmową – bez słów. Kiedy znany muzyk sesyjny, który z niejednego muzycznego pieca chleb jadł, trafia ze swoją płytą do Polish Jazzu, hermetyczne środowisko od razu kręci nosem. Sytuacja przypomina nieco trucht przez miasto po deszczu. Jazzowa geruzja się dystansuje, wręcz zwalnia krok, by nie wpaść z chluśnięciem w niepokorne kałuże. I właśnie wtedy okazuje się, że ten spacer w przestrzeni The Orchid Macieja Gołyźniaka, choć w jesiennej, nieco humorzastej aurze, odpędzić może stereotypy i rozwiać obawy.

Zanim życiowy „parapet” Gołyźniaka zdominowała tytułowa orchidea, gościło tu wiele sentymentów i doświadczeń, o różnym ładunku energii. To, że The Orchid jest wypadkową wcześniejszych zmagań muzycznych perkusisty, jest doskonale wyczuwalne od samego intra w postaci singla The Restless Rains zapowiadającego płytę. Pewna mainstreamowa prostota i rockowa zadziorność, przy jednoczesnej jazzowej pewności w prowadzeniu frazy, naświetliła odbiorcom wielopłaszczyznowość tej historii.

Dwa kolory, dwa głosy, dwa wymiary czasoprzestrzenne. Od Ameryki ubiegłego stulecia przez wątek skandynawski aż po doświadczenia z Polski po osiemdziesiątym dziewiątym. Czerń i biel, rytm i brzmienie, specyficzny dualizm w podejściu do sztuki i świata (więcej na ten temat w rozmowie z Maciejem Gołyźniakiem – JazzPRESS 9/2020), który muzyk wyraża nie tylko charakterystycznym utworem The Writing Is On the Wall, który mnie kojarzy się z jakąś kreskówką lub grą komputerową z dzieciństwa. Niby wszystko jest nam dobrze znane, utarte, ugruntowane, a jednak Gołyźniak pokazuje, że dziś w polskim jazzie to właśnie pewna surowość środków i prostota mogą oznaczać nowatorstwo. Perkusista, wyraża sobą sprzeciw wobec nadużywania jazzowej wolności. Muzyki nie powinno się tworzyć dla owacji, a dla emocji. I Gołyźniak to robi. Mamy do czynienia z czymś niezwykle oczywistym, a w dużej mierze zatraconym przez polski jazz w ostatnich latach. W kontrze do popisów, wspinania się na wyżyny sztuki instrumentalnej i błądzenia na siłę w nieschematyczności, otrzymujemy od trzeciego perkusisty w Polish Jazzie swego rodzaju brzmieniowy warkocz. Spleciony między innymi z odwagi, która pozwala chociażby na rozpoczęcie tematu w tytułowym utworze po ponad minucie czy ograniczenie improwizacji do minimum.

Zamiast tradycyjnego kontrabasu czy trąbki wysyp liści w Colors of Autumn oddaje basówka Roberta Szydły, Łukasz Damrych zamiennie z fortepianowymi arpeggiami eksperymentuje z syntami, m.in. w nadającym się do takich igraszek utworze Never Lean On Anything You Know, a występujący gościnnie na płycie Łukasz Korybalski w otwierającym album The Restless Rains swoim flugelhornem imituje piszczący w szczelinach wiatr. Wszystko to nie wydaje się przypadkowe, można odnieść wrażenie, że perkusista od początku wiedział, jakiego brzmienia oczekuje. Rytm w przypadku Gołyźniaka jest narzędziem melodii, piórem w ręku poety. Wątki instrumentalne opierają się na fabule, którą lider zespołu opowiada z pełnym zaufaniem do kolegów, pozostawiając im wyłącznie nastrój.

The Orchid jest formą zamkniętą, a nawet domkniętą w dbałości o każdy element. Dlatego intryguje też opakowanie – okładka płyty, czyli czarno-biała fotografia, na której Maciej Gołyźniak dość charakterystycznym gestem wieńczy swój „etap cienia” (nie ujawniał wcześniej swoich jazzowych zainteresowań). Odbieram to także jako początek otwartej rozmowy o słabościach. Orchidea poprzez siedem utworów na płycie symbolizuje poszczególne poziomy wewnętrznego pojedynku. Niepewność i stanowczość, jesienna mgła i przebijające ją jak noże promienie słońca. A potem łagodne przejaśnienia, które poskramiają niespokojne dźwięki, oraz tajemniczy wielokropek w postaci wyzwolonej przeprawy przez morze w finalnym Shore to Shore.

Zaryzykuję stwierdzenie, że ta płyta ma wymiar wręcz terapeutyczny, a jej przekaz, zarówno muzyczny, jak i emocjonalny, może trafić do odbiorców spoza środowiska. Bo ta płyta to szczera rozmowa bez słów.

Autor Marta Goluch

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO