Papierowy JazzPRESS
Płyty Recenzja

Jakub Gucik – In Silva

Obrazek tytułowy

Jakub Gucik / IPT rec., 2020

Głębia lasu kryje w sobie wyjątkowo wiele tajemnic… To wbrew pozorom nie jest slogan marketingowy kolejnego skandynawskiego kryminału (które zaczynają powoli przypominać parodię samych siebie), lecz klucz do zrozumienia solowego debiutu wiolonczelisty Jakuba Gucika. Płyta In Silva (co przetłumaczyć można jako „w lesie”) to, jak twierdzi sam artysta, próba pobudzenia wyobraźni odbiorcy, by ten zastanowił się, co w takim zupełnie przypadkowym lesie może się dziać. Jeżeli wierzyć dźwiękowym bodźcom podsuwanym przez Gucika, to las taki jest miejscem zgoła niezwykłym.

Trudno w to uwierzyć, lecz na In Silva słychać wyłącznie jeden instrument – wiolonczelę. Większość kompozycji zbudowana jest podług schematu, który niejako wymuszony zostaje poprzez tak szerokie wykorzystanie urządzenia, jakim jest looper. Na tle zapętlonego motywu-beatu Gucik operuje rozimprowizowanym dźwiękiem wiolonczeli. Raz na jakiś czas artysta dodaje drobny smaczek elektroniczny i w tak oszczędny sposób tworzy płytę, która zdumiewa swoją niespotykaną wręcz głębią.

Otwierający Vapor to iście ambientowe intro. Wyobraźcie sobie taką sytuację, gdy stoicie na skraju mrocznego, deszczowego lasu i jakiś niezrozumiały, bliżej niesprecyzowany impuls każe wam zrobić ten pierwszy, decydujący krok. Vapor to właśnie ten impuls. Drugi utwór z płyty, Anopheles maculipennis, porusza delikatnie inny rejestr emocji. Solówki Gucika nabierają wirtuozerskiego rozmachu, lecz jednocześnie niosą w sobie głęboki ładunek melodyjności. Właśnie owa przystępność partii solowych, pomimo ich złożoności, stanowi o wartości płyty In Silva. Choć sama muzyka jest gęsta i dość trudna, to jednak obcowanie z nią sprawia przyjemność i ani przez moment nie męczy.

Wracając jednak do co bardziej wyróżniających się fragmentów płyty, warto przypomnieć stare porzekadło – im dalej w las, tym więcej drzew. Podobną maksymę zdaje się wyznawać Gucik, gdyż najciekawszą kompozycję pozostawił na sam koniec. Tytułowy utwór In silva to rozbudowana struktura o wyraźnie klasycyzującym zacięciu. Na tle dostojnego, lecz niepokojącego tła Gucik wydobywa ze swojej wiolonczeli doprawdy zaskakujące dźwięki. Nie wiem czemu, lecz gdy słucham tego utworu, zawsze do głowy przychodzi mi genialny Eddie Hazel i jego wspaniałe gitarowe solo z utworu Maggot Brain. Gucik wspaniale operuje nastrojem, to przyspieszając, to zwalniając, lecz cały czas w bardzo pewny i przemyślany sposób prowadzi narrację utworu.

Płyta In Silva niewątpliwie daje nam poczucie obcowania z dziełem ponadprzeciętnym. Gucik jak ognia unika jednak nachalnej pompatyczności, potrafiąc przy tym przywołać tak nieoczywiste wartości estetyczne jak wzniosłość czy wzruszenie. Przy całym swoim „pejzażowym odrealnieniu” płyta ta brzmi jednak wyjątkowo świeżo i wciągająco. Co tu dużo mówić, Jakub Gucik w pełni mnie przekonał, że leśne życie brzmi znacznie bardziej interesująco, niż dotychczas podejrzewałem.

Autor Jędrzej Janicki

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO