Papierowy JazzPRESS
Płyty Recenzja

Gil Scott-Heron – We’re New Again. A Reimagining by Makaya McCraven

Obrazek tytułowy

XL Recordings, 2020

Na początek deklaracja: należę do tej grupy osób, która uznaje ten album za lepszy od oryginału. Cóż to za historia, skoro wymaga takiego określania się, zapytacie? Odpowiadam: w 2010 roku Gil Scott-Heron wydał płytę I’m New Here, która była powrotem po latach milczenia. Jak się okazało, była też ostatnią – rok później ten afroamerykański poeta i ojciec chrzestny hip-hopu zmarł.

Był to album bardzo udany, dla wracającego po narkotykowym odwyku, chorego (HIV) Herona wręcz przełomowy. Nagrał on swoje wokalne wyznania, natomiast za muzykę odpowiadał między innymi szef wytwórni XL Recordings Richard Russell, na klawiszach zagrał Damon Albarn z Blur i Gorillaz. Powstała płyta-spowiedź, która zebrała świetne recenzje, doczekała się również wersji zremiksowanej autorstwa Jamiego XX.

Minęło 10 lat i wytwórnia postanowiła podejść do tego materiału po raz kolejny. Tym razem o zajęcie się nim Russell poprosił chicagowskiego perkusistę i producenta Makayę McCravena. To, że ten świetny muzyk zabierze się do zadania ambitnie, było oczywiste. Natomiast myślę, że ścieżka, którą wybrał, niejednego zaskoczyła. O ile Russell zanurzył brudny, bluesowy wokal faceta po przejściach, jakim był Heron, w odpowiednio mrocznych, często elektronicznych dźwiękach, to McCraven postanowił otworzyć okno i trochę przewietrzyć. Ścieżki wokalne osadził więc na wyrazistych perkusyjnych bitach, dołożył sample z sesji swojego zespołu i – sądząc po efekcie końcowym – pozyskał najlepszych ludzi, na których Heron mógłby trafić. Ta reinterpretacja to swego rodzaju hołd dla najlepszych soulowo-jazzowych dokonań artysty z lat siedemdziesiątych. Zestawienie wręcz skrzących się życiem nowych wersji z ciemnością oryginału to więcej niż pozytywne doznanie – to nowa jakość. I chyba właśnie ten kontrapunkt dla mroku najlepiej opisuje muzykę na tym albumie.

I tu powinniśmy wrócić do wstępu tej recenzji. Ktoś mógłby zapytać, czy ma sens zestawianie oryginału z nową, tak różną, interpretacją. Gdzie dwie wersje tam trzy opinie, a przynajmniej trzy frakcje. Obok I’m New Here stawiam na półce z płytami We’re New Again (a staram się nie stawiać tam byle czego), ale coś mi się wydaje, że to do drugiego z tych albumów będę wracał częściej. Tam gdzie w oryginale brakuje mi dźwięków, McCraven proponuje zwyczajnie lepsze kompozycje. I tak sobie myślę, że Gil Scott-Heron bardzo by tę wersję polubił.

Autor - Grzegorz Smędek

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO