Płyta tygodnia Płyty Recenzja

John Coltrane - A Love Supreme – Live In Seattle

Obrazek tytułowy

Nowo odkryte taśmy, kolejny garażowy albo piwniczny cud Ameryki, święty graal dla fanów Johna Coltrane’a. Z pewnością dla wyznawców jego kościoła tegoroczna sensacja, tak jak w 2018 roku Both Directions at Once i rok później Blue World. Mogę Wam obiecać, że to nie ostatnie cudowne odnalezienie zapomnianych nagrań Coltrane’a. Tym razem to jednak odnalezienie dość istotne, bowiem dotychczas znane było powszechnie jedynie jedno koncertowe nagranie materiału z A Love Supreme – wydany mniej więcej dwadzieścia lat temu koncert z Juan-les-Pins z lipca 1965 roku.

Biorąc pod uwagę kolejne cudowne odnalezienie, nie tylko zresztą kolejnych nagrań Johna Coltrane’a, ale również fakt, że taśmy magnetofonowe starzeją się w nienajlepszy sposób mam doskonały pomysł dla właścicieli amerykańskich piwnic i garaży. Proponuję ogłosić spis powszechny. Niech każdy zrobi w swoim schowku porządek i na wzór spisu powszechnego właśnie, opisze zawartość przepastnych szaf po dziadku w stosownym internetowym formularzu. Wtedy po kilku latach przeliczeń i zestawień dowiemy się, ile jeszcze nowych nagrań Coltrane’a przed nami.

To rozwiązanie globalne i ostateczne, dziś jednak wypada zająć się A Love Supreme – Live In Seattle. Kulisy powstania nagrania we wstępniaku do płyty opisał sam Ashley Kahn, pisarz jazzowy z najwyższej półki i autor jednej z najciekawszych biografii Coltrane’a, muzykę opisał inny wybitny znawca tematu – Lewis Porter, który również ma na swoim koncie biografię mistrza saksofonu. Trudno mi więc nawet próbować dodawać coś do ich niesłychanie precyzyjnych i trafnych wywodów. Dodatkowo o stanie taśm i kulisach ich przetworzenia na postać cyfrową w okresie epidemicznej blokady wypowiedział się w tej samej książeczce gwiazdor konsolety Kevin Reeves.

Przytłoczony wielkością ich nazwisk mogę tylko potwierdzić, że jak na garażowo i po amatorsku nagrany koncert, całość od strony technicznej brzmi doskonale, a muzyka zapisana na krążku A Love Supreme – Live In Seattle od pierwszych chwil stała się jednym z moich ulubionych nagrań Johna Coltrane’a. Stało się tak z kilku powodów. Po pierwsze od zawsze uważałem i dalej uważam, że Coltrane koncertowy jest o klasę lepszy niż ten w studiu. Co innego, kiedy grał gościnnie – na przykład u Milesa, jednak jako lider był zdecydowanie muzykiem koncertowym. Studio ograniczało jego twórczą inwencję, a przede wszystkim nieuchronnie skracało każdy występ do formatu ówczesnej płyty długogrającej, która była dla Coltrane’a zwyczajnie za mała. Energia i magia jazzowej improwizacji na żywo to coś, co zresztą jest w zasadzie nie do odtworzenia na żywo.

Nagranie z Seattle powstało ponad dwa miesiące później, niż to w Juan-les-Pins. Dzieli je jednak znacznie więcej. Do Francji Coltrane pojechał niemal prosto ze studia, w którym nagrywał Ascension, swój pierwszy nawiedzony album zarejestrowany z całą masą wybitnych muzyków, w tym czterema innymi saksofonistami. Oba nagrania dzieli też Atlantyk i koszty podróży lotniczej. To dlatego we Francji grał klasyczny kwartet, a w Seattle pojawiają się dodatkowi muzycy. W Juan-les-Pins Coltrane był celebrowaną gwiazdą promującą swój najnowszy album. W Seattle grał w małym klubie prowadzonym przez muzyka i autora nagrań, a także właściciela przysłowiowej szopy, w której trzymał taśmy z tego wydarzenia aż do swojej śmierci w 2008 roku – Joe Brazila. Mógł też z łatwością korzystać z dodatkowych muzyków, nie trzeba było wieść ich przez Atlantyk, byli na miejscu. To duża różnica.

Najważniejsze jest jednak dla mnie na tej płycie coś zupełnie innego. Myślę, że ten album Coltrane’a byłby ulubionym nagraniem Zbigniewa Seiferta. Momentami saksofon lidera brzmi tak jak skrzypce. Przez moment nawet myślałem, że jakiś skrzypek pojawił się w The Penthouse w Seattle. To jednak John Coltrane najlepszy z możliwych, w doskonałej formie, świetnym muzycznie repertuarze, momentami mocno modyfikujący swoje muzyczne pomysły ze studyjnej wersji A Love Supreme. Lider zmienia tempo, tonacje, wydłuża partie solowe, korzysta z większej ilości muzyków. To kolejny święty graal dla fanów Coltrane’a, tym razem jednak ostrzejszy i lepiej zachowany niż poprzednie, mieniący się pięknym blaskiem talentu i wyobraźni jednego z największych muzyków XX wieku.

RadioJAZZ.FM poleca! Rafał Garszczyński - Rafal[malpa]radiojazz.fm

  1. A Love Supreme, Part I – Acknowledgement
  2. Interlude 1
  3. A Love Supreme, Part II – Resolution
  4. Interlude 2
  5. A Love Supreme, Part III – Pursuance
  6. Interlude 3
  7. Interlude 4
  8. A Love Supreme, Part IV – Psalm

John Coltrane Love Supreme – Live In Seattle

Format: CD / Wytwórnia: Impulse / Verve / Universal / Data pierwszego wydania: 2021 / Numer: 602438499977

  • John Coltrane – ts, perc,
  • Pharoah Sanders – ts, perc,
  • Carlos Ward – as,
  • McCoy Tyner – p,
  • Jimmy Garrison – b,
  • Donald Rafael Garrett – b,
  • Elvin Jones – dr.

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO