Papierowy JazzPRESS
Muzycy

Rafał Gorzycki – na styku melodii i wolnej improwizacji

Rafał Gorzycki, perkusista urodzony 29 marca 1974 roku w Bydgoszczy, to postać nietuzinkowa. Dla większości słuchaczy jest jednym z czołowych przedstawicieli polskiego awangardowego jazzu, bo i tak przez znaczną część środowiska postrzegany jest jego najpopularniejszy zespół, w którym grywa od lat, czyli Sing Sing Penelope. Nic bardziej mylnego. Nawet pobieżna lektura wywiadów z tym znakomitym muzykiem wskazuje, że dużo ważniejsze są dla niego harmonia i melodia. A, że podejście do tego tematu przeważnie miał niebanalne, to i efekty w postaci albumów Maestro Trytony, Ecstasy Project czy ostatnio A-Kineton – mniej lub bardziej, ale jednak zaskakiwały. W pozytywnym tego słowa znaczeniu.

O yassie mówił, że to zwykły chwyt marketingowy wymyślony przez Tymona Tymańskiego. Jednak nie sposób ukryć, iż początki jego poważnego grania przypadają na lata 90. i działalność tego jedynego w swoim rodzaju ruchu, będącego odpowiedzią na skostnienie i marazm, jaki zapanował i umacniał się przez lata na polskiej scenie jazzowej. U boku Tomasza Gwicińskiego rozwijał swoje pomysły, które, co może się wydawać wielu czytelnikom nieprawdopodobne, były efektem inspiracji nurtem fusion. Miles Davis, Weather Report czy Herbie Hancock i ich płyty z lat 70. niewątpliwie odcisnęły piętno na jego sposobie gry i rozumieniu muzyki. Dużo nauczył się od Jacka DeJohnette’a – perkusisty mającego w różnych okresach styczność z największymi. Wystarczy wymienić tutaj Milesa Davisa, Johna Coltrane’a, Stana Getza i Cheta Bakera. Możemy się tylko domyślać, że takie Bitches Brew – jedna z najbardziej twórczych i oryginalnych płyt wczesnego, jeszcze nie zmanierowanego fusion, stanowiła swego czasu elementarz dla rozwijającego się i poszukującego artystycznego języka perkusisty.
Zanim jednak Rafał Gorzycki rozpoczął swoją pasjonującą przygodę z jazzem, uczył się pod okiem innego perkusisty i pedagoga – Piotr Biskupskiego. Następnie trafił do Państwowej Szkoły Muzycznej II stopnia w Bydgoszczy, a kilka lat później wyjechał do Warszawy, by zdobywać wiedzę w kuźni talentów przy ul. Bednarskiej. Wszystko na dobre rozpoczęło się po jego powrocie do rodzinnego miasta, gdzie miał okazję związać się ze środowiskiem skupionym wokół bardzo ważnych dla historii tamtejszej sceny klubów: Trytony oraz Mózg. Od tego momentu kariera Gorzyckiego nabrała rozpędu, do czego przyczynił się Tomasz Gwiciński, z którym nagrywał pod nazwą Maestro Trytony (szczególnie warto w tym miejscu polecić Enoptronię z wiolonczelistką Renatą Suchodolską, flecistą Tomaszem Pawlickim, basistą Tomaszem Hesse oraz gościnnym udziałem trębacza Andrzeja Przybielskiego).
Na przełomie lat 90. i pierwszej dekady nowego tysiąclecia powstały tak chętnie i często przywoływane w różnych periodykach i serwisach internetowych zespoły: Sing Sing Penelope oraz Ecstasy Project. Ten pierwszy miał być z założenia zespołem bardziej otwartym, energetycznym i flirtującym z elektroniką. Drugi był już projektem Rafała Gorzyckiego, na którego kształt miał mieć decydujący wpływ. I tak też się stało. Nawet na ostatniej płycie They Were P pokazał siłę bardziej kameralnej muzyki i minimalistycznych form w obrębie tego, co zwykliśmy nazywać jazzem.
W pewnym sensie razem z Pink Freud, Robotobibokiem i kilkoma innymi grupami przyczynił się do rozwinięcia idei, która przyświecała starym yassowcom. Nastąpiła wymiana pokoleń, niemal każdy poszedł w inną stronę (za podręcznikowy przykład mogą posłużyć losy liderów nieodżałowanej Miłości). Rafał Gorzycki pozostał jednak wierny swoim przekonaniom, do fascynacji jazz rockiem dorzucił inspiracje ECM-em, ale co może się wydawać młodszym czytelnikom i muzykom nieprawdopodobne, na bazie tej niezbyt świeżej mieszanki – stworzył co najmniej kilka świetnych i nie trącących myszką płyt.
Jednym z najlepszych albumów było Stirli People In Jazzga, a więc owoc, będący efektem współpracy Sing Sing Penelope i Andrzeja Przybielskiego. Uduchowione granie, łączące melancholijne, melodyjne frazy dęciaków z odważnym podejściem do improwizacji – przyniosło jedną z najciekawszych koncertowych płyt poprzedniej dekady. Wyróżnić należy także inną propozycję w dyskografii Rafała Gorzyckiego, bardzo ambitne dzieło, zatytułowane Europae. Płyta, która z założenia miała być hołdem dla dwudziestowiecznej muzyki europejskiej, w tym przede wszystkim kameralistyki jazzowej, skupiła niczym w soczewce, najciekawsze wątki i motywy wypracowane przez mistrzów sztuki na naszym kontynencie.
Duże zainteresowanie wzbudził także projekt Dziki Jazz, niekoniecznie oddający charakter tej muzyki. Rafał Gorzycki wraz z gitarzystą Kamilem Paterem, kontrabasistą Pawłem Urowskim oraz saksofonistą Aleksandrem Kamińskim nagrali płytę, która została dostrzeżona nawet przez zamknięte na ambitną twórczość jury od Fryderyków. Kwartet otrzymał nagrodę w kategorii „Jazzowy debiut roku”, i mimo że w tym czasie ukazało się kilka innych ciekawszych propozycji, to jednak trzeba zauważyć, że muzyka Rafała Gorzyckiego, choć raz, przebiła się do szerszej świadomości.
Twórczym okresem dla perkusisty były także ostatnie miesiące. W zeszłym roku ukazał się album Ecstasy Project. They Were P okazała się kolejnym udanym longplayem w dyskografii autorów Europae i Reminiscence Europae. Następnie trzon Dzikiego Jazzu, czyli oprócz bohatera niniejszego tekstu, także Kamil Pater oraz Paweł Urowski, wraz z dokooptowanym saksofonistą Irkiem Wojtczakiem, nagrali płytę A-Kineton. Album okazał się ciekawszy i bardziej odważny od tego, co zaproponowali panowie w podobnym składzie trzy lata wcześniej. Utwierdzili mnie zresztą w tym przekonaniu, po koncercie, który miałem przyjemność zobaczyć na tegorocznym JazzArcie.
Rafał Gorzycki dalej pisze swoją historię, wydając kolejną płytę Sing Sing Penelope (This Is The Music, vol.1) i tym razem nieco dzieląc krytyków na dwa obozy: entuzjastów i nieco rozczarowanych jego zawartością malkontentów. Niezależnie od tego, warto pamiętać, że jest to wciąż centralna postać bydgoskiej sceny post yassowej, która z dużą systematycznością i kreatywnością zaopatruje swoich słuchaczy w płyty różniących się od siebie projektów.

Piotr Wojdat

Artykuł pierwotnie opublikowano w numerze magazynu JazzPRESS z lipca 2012 roku - tu do pobrania w formatach pdf, mobi oraz epub.

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO