reklama_dominik_bukowski
Felieton Słowo

My Favorite Things (or quite the opposite…): Dża(zz) Rastafari

Obrazek tytułowy

Sformułowanie Dża (Jah) Rastafari prawdopodobnie każdemu obiło się kiedyś o uszy. Zawołanie to można było często usłyszeć zarówno w skali globalnej – np. w muzyce Boba Marleya, jak i lokalnej – chociażby w twórczości grupy Izrael. Jah to oczywiście imię Boga, skrócone Jahwe (ang. Yahweh). Co oznacza Rastafari? Wielu osobom kojarzy się po prostu z Rastafarianami. Słusznie, ale to nie rozwiązuje kwestii pochodzenia tej nazwy.

Ras to książę, a Tafari Makonnen to imię, jakie na chrzcie otrzymał cesarz Etiopii znany później jako Haile Selassie – „Król Królów, Pan Panów, Wybraniec Boży, Zwycięski Lew z Plemienia Judy”. Władca ten, w dyskusyjny sposób sportretowany w Cesarzu przez Ryszarda Kapuścińskiego, uznawany jest przez Rastafarian za wcielenie Boga lub za jego namiestnika na Ziemi. Jak kult etiopskiego Cesarza stał się tak istotnym elementem muzyki reggae?

Marcus Garvey, urodzony na Jamajce kaznodzieja i działacz społeczny, podczas wizyty w Etiopii w latach dwudziestych ubiegłego wieku zafascynował się postacią Ras Tafari Makonnena, a po jego koronacji ogłosił go Mesjaszem. Garvey głosił swe kazania w wielu krajach karaibskich, ale właśnie w jego ojczyźnie trafiły one na najbardziej podatny grunt. Powstanie wszystkich czarnoskórych, powrót do „ziemi obiecanej” – Afryki i odzyskanie jej z rąk białych kolonizatorów to idee ruchu rastafari, które łatwo znalazły odzwierciedlenie w miejscowej muzyce.

Ta zarysowana w bardzo dużym uproszczeniu historia ma przynajmniej kilka istotnych odniesień do jazzu. Po pierwsze jazz bez wątpienia wywarł wpływ na rozwój muzyki na Jamajce. Pojawił się tam już w latach dwudziestych XX wieku i przyczynił się do znacznego rozszerzenia instrumentarium. Obok drewnianych i bambusowych instrumentów etnicznych, wykorzystywanych w tradycyjnej muzyce mento zaczęły pojawiać się instrumenty wykorzystywane przez jazzmanów w pierwszych jamajskich big-bandach. Potem jazz i R&B wpływały na ewolucję jamajskiego grania od mento przez ska, rocksteady po reggae. Oddziaływanie w drugą stronę pojawiło się później – kiedy reggae stało się znane na całym świecie – i nie zanikło do dziś. Patrząc tylko na nasze podwórko – kiedyś Young Power, potem Tymon Tymański, teraz Wojtek Mazolewski – chętnie sięgali po charakterystyczne dla reggae podziały rytmiczne czy to we własnych kompozycjach, czy „jamajskich interpretacjach” jazzowych standardów.

Jest jeszcze jeden wątek – mniej oczywisty, ale przez to prawdopodobnie najciekawszy. Haile Selassie ofiarował swoim wyznawcom kawałek ziemi w Etiopii. Ściągnęli tam rastafarianie z Jamajki, jednak Etiopia nie stała się drugą ojczyzną reggae. U schyłku panowania cesarza we wschodnioafrykańskim kraju zaczął się rozwijać… etiopski jazz.

Związki Haile Selassie z ruchem Rastafari, w tym wizyta Cesarza na Jamajce w 1966 roku, wywołują silne skojarzenia z muzyką reggae. Kołyszące rytmy, dredy, „święte ziele” – mogłoby się wydawać, że kraj pod panowaniem takiego władcy będzie mekką dla artystów. W praktyce wyglądało to nieco inaczej. Etiopscy muzycy byli zatrudniani przez państwo. Grali w zespołach istniejących przy policji, armii, urzędach, występowali na państwowych uroczystościach. Rynek muzyczny w zasadzie nie istniał – płyty wydawano tylko na specjalne okazje, takie jak kolejne rocznice koronacji cesarza. Oczywiście wielu artystów muzykowało na własną rękę, ale dotarcie do odbiorców za pomocą fonografii czy mediów było niemożliwe.

Ethiopiques3.jpg

Jednocześnie stolica kraju Addis Abeba była nowoczesnym miastem z afrykańską siedzibą ONZ, licznymi ambasadami, działalnością Korpusu Pokoju i, co za tym idzie, częstymi gośćmi z Ameryki i Europy. To za ich sprawą pojawiły się pierwsze zachodnie płyty i inspiracje. Etiopczycy zainspirowani Jamesem Brownem, Elvisem Presleyem i jazzem zaczęli grać w klubach muzykę, która była ich odpowiedzią na to, co docierało z Ameryki. Zachowali jednak charakterystyczne dla siebie skale, metrum, język i sposób śpiewania. Efektem była muzyka, która po latach stała się fenomenem na skalę światową, ale do tego jeszcze daleka droga… Muzyka pojawiła się w klubach, ale monopol płytowy państwa nie dawał szansy na jej nagranie. Właściciel sklepu płytowego, a później producent muzyczny Amha Eshete zdecydował się na nielegalne wydanie pierwszej etiopskiej płyty z muzyką rozrywkową. Nie było to łatwe. Nagrania zostały ponoć potajemnie wykonane w małym studiu ministerstwa informacji. Płyty tłoczono w Indiach i przemycano do kraju. Kiedy krążek wreszcie ujrzał światło dzienne, wywołał histerię Etiopczyków. Przed sklepem Eshete zebrał się tłum, ludzie tańczyli na ulicach. Prawdopodobnie skala pozytywnych reakcji społecznych sprawiła, że nikt z zaangażowanych w proceder nie poniósł konsekwencji, a Amha Eshete postanowił wydawać płyty kolejnych wykonawców. Panowanie Haile Selassie miało się już ku końcowi i prawdopodobnie władza miała poważniejsze problemy niż jazz. Już niedługo miało się okazać, że problemy cesarza staną się także problemami ethio-jazzu.

Póki co złota era tej muzyki trwała, a w jej panoramie nie można pominąć sylwetki Mulatu Astatke, uważanego przez wielu za ojca ethio-jazzu. Astatke pod koniec lat pięćdziesiątych wyjechał studiować inżynierię lotniczą w północnej Walii. Dosyć szybko zmienił zainteresowania i poświęcił się studiom muzycznym w Trinity College w Londynie. Tam rozpoczął współpracę z brytyjskimi muzykami jazzowymi. Jednocześnie starał się prezentować europejskiej publiczności kulturę i muzykę etiopską. Jazzowe fascynacje zaprowadziły go do Berklee College of Music w Bostonie, gdzie kontynuował ideę połączenia muzyki etiopskiej z jazzem. Pod koniec lat sześćdziesiątych Astatke zdecydował się wrócić do swojego kraju z dobrze już wypracowaną koncepcją muzyczną, którą zaraził wielu miejscowych muzyków.

Okres bardzo kreatywnego rozwoju ethio-jazzu nie trwał jednak długo. W 1974 roku w wyniku wojskowego przewrotu władzę w kraju przejęli komuniści i znów oficjalnie można było śpiewać i nagrywać tylko pieśni patriotyczne. O odrodzeniu etiopskiego jazzu możemy mówić dopiero po niemal dwudziestu latach. Głównym sprawcą tego procesu był Francuz Francis Falceto. Kiedy jeszcze w latach osiemdziesiątych usłyszał ethio-jazz, od razu się nim zachwycił i postanowił rozpropagować tę muzykę. Nie było to jednak możliwe aż do upadku junty wojskowej w Etiopii w 1991 roku.

W latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku Falceto skrupulatnie zbierał zapomniane już nagrania oraz aranżował nowe sesje i wydał we francuskiej wytwórni Buda Musique serię Ethiopiques, początkowo składającą się z 23 płyt, potem uzupełnioną jeszcze o kilka. Dzięki ogromnej pracy Francisa Falceto i ludzi zaangażowanych w jego dzieło ethio-jazz w końcu trafił na międzynarodowe sceny.

Do szerokiej publiczności muzyka ta dotarła, kiedy Jim Jarmusch, wykorzystał kilka utworów Mulatu Astatke w ścieżce dźwiękowej filmu Broken Flowers w 2005 roku.

Dziś zarówno płyty z serii Ethiopiques, jak i wiele współczesnych ethio-jazzowych nagrań możemy znaleźć nawet w popularnych serwisach streamingowych. Sample z muzyką Mulatu Astatke trafiły między innymi na płyty Damiana Marleya – syna Boba. Może to duch Haile Selassie po raz kolejny połączył Etiopię z Jamajką. Dża(zz) Rastafari!

Autor: Piotr Rytowski

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO