Papierowy JazzPRESS
Felieton

Kanon Jazzu: Reprezentatywny przykład lat siedemdziesiątych

Obrazek tytułowy

Album Body English był pierwszą zagraniczną płytą Michała Urbaniaka, jaka znalazła się w mojej kolekcji. To był rok najprawdopodobniej 1984. Może trochę później. Mój dziś ciągle zachowany w dobrym stanie egzemplarz jest najprawdopodobniej pierwszym amerykańskim tłoczeniem z 1976 roku, a stałem się jego posiadaczem, wydając sporą sumę w warszawskim Heliconie.

Dziś często wracam do Fusion III, albumu nagranego w gwiazdorskim składzie, między innymi z Johnem Abercrombiem, Stevem Gaddem i Larrym Coryellem. Jednak najważniejszym dla mnie albumem Michała Urbaniaka z lat siedemdziesiątych jest, i już chyba na zawsze pozostanie, Body English, wypełniony dźwiękami, których źródło jest trudne do zidentyfikowania. Wykorzystanie urywków polskich melodii ludowych, piejący kogut, wokalizy Urszuli Dudziak i przetworzony elektronicznie dźwięk skrzypiec tworzą niepowtarzalny klimat.

Atutem albumu są bez wątpienia dobrze napisane, przebojowe melodie, choć wielu uważa, że całość brzmi zbyt komercyjnie i w swoim czasie nadawałaby się do nowojorskiej dyskoteki. Zwykle nie lubię, kiedy nie potrafię zidentyfikować pochodzenia poszczególnych brzmień. Wolę klasyczne instrumenty. Jednak Body English uważam za doskonały przykład twórczego wykorzystania elektroniki i jej udane połączenie z konwencjonalnymi dźwiękami. Lyricon – technologiczny rówieśnik EWI – na długo przed Michaelem Breckerem pozwolił Michałowi Urbaniakowi uzyskać unikalne barwy i przypomniał wszystkim, że był on przecież wybornym saksofonistą, zanim stał się światową gwiazdą jazzowych skrzypiec.

Być może częściowo ze względu na fakt, że Body English była przez wiele lat jedyną elektryczną i zagraniczną płytą Michała Urbaniaka, której mogłem słuchać codziennie, mam do niej szczególny sentyment. Dziś jest jedną z wielu, po które mogę sięgnąć na półkę, jednak właśnie do niej wracam najczęściej. Jest przebojowa, może trochę komercyjna, ale wcale mi to nie przeszkadza. Jest reprezentatywnym przykładem brzmień lat siedemdziesiątych.

Dzięki działalności wytwórni Michała Urbaniaka Ubx Records większość jego doskonałych płyt z dawnych lat dostępna jest właściwie wszędzie, choć można ponarzekać na ich polskie ceny. Ja specjalnie, żeby oszczędzić mój pamiątkowy egzemplarz analogowy, kupiłem kilka lat temu wersję cyfrową. Do dziś pamiętam moment, kiedy kupiona w Heliconie płyta znalazła się na talerzu mojego gramofonu i do dziś wielkie wrażenie robi na mnie intro do New York Polka. Cała reszta jest równie dobra.

autor: Rafał Garszczyński

Tekst ukazał się w magazynie JazzPRESS 04/2018

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO