dlugiJP 7/2021
Felieton Słowo

Down the Backstreets: Świat Kobiet

Obrazek tytułowy

Rapsody Eve

Jamla, 2019

Krótka piłka z mojej strony: kobiety stanowią fundament muzyki rap i całej kultury hip-hopowej. Takie są fakty. Tworzyły ją już u zarania (MC Sha-Rock), następnie pomagały rozwijać przez kolejne dekady (Roxanne Shanté, MC Lyte, Queen Latifah, Foxy Brown, Lil’ Kim, Salt-N-Pepa, Eve, Little Simz – to tylko najbardziej oczywiste i banalne przykłady). Nie tylko raperki zresztą – b-girls, DJ-ki, dziennikarki, menedżerki, pracownice wytwórni płytowych, a nawet spychane na margines modelki teledyskowe (tzw. video vixens) – hip-hop pełen jest przykładów kobiet pchających naszą kulturę w rozwoju. W ostatnich latach w mediach najwięcej widzieliśmy Nicki Minaj i Cardi B, ale na polu kreatywnym palmę pierwszeństwa zdaje się dzierżyć Rapsody (warto też w tym miejscu wymienić jeszcze np. Noname, Sa-Roc, Boog Brown, Little Simz, Ill Camille, Lady Leshurr i Lyric Jones).

Trochę wstyd przyznać, ale wiedzieliśmy o Rapsody już od dłuższego czasu – cały czas kręciła się w branży, nagrywała od 2008 roku bardzo dobre solowe albumy, EP-ki i mixtape’y. Zbierała pochwały i współpracowała z uznanymi twórcami, m.in. DJ-em Premierem, 9th Wonderem, Talibem Kwelim i Andersonem .Paakiem. Pojawiła się nawet na To Pimp A Butterfly Kendricka Lamara – chyba najbardziej uznanym hip-hopowym albumie ostatnich dziesięciu lat. Wydaje mi się natomiast, że pomimo świadomości jej talentu i umiejętności środowisko w pewnym stopniu ignorowało jej wydawnictwa. Wszyscy wiedzieli, że Rapsody potrafi rapować i pisać utwory, ale niespecjalnie ekscytowali się jej kolejnymi projektami. Przez lata była spychana na boczny tor, na ławkę rezerwowych.

I tak to wyglądało do 2016 roku, gdy podpisała kontrakt z wytwórnią Roc Nation, a wszystko wywróciło się do góry nogami rok później, w momencie wydania albumu Laila’s Wisdom. Tak naprawdę niewiele się zmieniło w jej twórczości, to nie był aż taki skok jakościowy – jej płyty trzymały bardzo wysoki poziom już wcześniej. Tym niemniej nagle stała się języczkiem u wagi społeczności – nie tylko hip-hopowej zresztą, czego dowodem były nominacje do Grammy w kategoriach Najlepszy rapowy album i Najlepsza rapowa piosenka (za utwór Sassy). Z raperki znanej głównie przez hip-hopowe głowy stała się gwiazdą, do której zgłaszały się media głównego nurtu, a nawet twórcy filmów dokumentalnych.

Pomimo wcześniejszego niedostrzegania w pełni jej talentu, obserwowałem ten proces z dużą satysfakcją – oby więcej takich twórców hip-hopowych miało okazję radośnie pluskać się w glorii i chwale. Dwa lata po Laila’s Wisdom Rapsody wydała Eve – świetny album, chociaż w powszechnej opinii ciut gorszy od wcześniejszego. Natomiast w prywatnym rankingu – mój ulubiony jej album.

Eve jest wielkim hołdem dla czarnych kobiet. Nawet bez odsłuchiwania albumu – świadczą o tym w najbardziej oczywisty sposób tytuły utworów. Każdy nosi imię zasłużonej czarnej kobiety (w tym również postaci fikcyjnych) – od Hatszepsut przez Afeni Shakur i Mayę Angelou aż po Aaliyah i Tyrę Banks. W każdej z nich Rapsody stara się dostrzec jakąś część swojego charakteru, swojej identyfikacji, a niektóre po prostu admiruje lub opisuje ich przeżycia. Laila’s Wisdom to był bardziej album autobiograficzny – tutaj Rapsody patrzy szerzej i stawia swoje przeżycia w perspektywie wspólnoty czarnych kobiet. Krok po kroku poznaje samą siebie i z każdego pojedynczego przymiotu chce być dumna. Stara się w swojej muzyce oddawać charakter czasów, w których żyje – jak Nina Simone.

Lubi od czasu do czasu ubierać się jak chłopak – i to jest fajne, bo Aaliyah też tak robiła. Głośno wskazuje, że branża muzyczna traktuje ją niesprawiedliwie – ze względu na wygląd czy płeć, a agresję czerpie z postaci Cleo, granej przez Queen Latifah w filmie Set It Off. Urodę „czarnych sióstr” opisuje w kawałku Tyra. Radosne „ladies night” odbywa się w utworze Michelle, celebracja czarnych królowych w Hatshepsut, a cierpienie czarnych kobiet tracących swoje dzieci Rapsody opisuje w Myrlie. Cały album składa się na imponujący opis skomplikowanego, trudnego, a momentami nawet beznadziejnego losu czarnych kobiet, mimo wszystko kroczących dumnie, z głową w górze. Sukces Laila’s Wisdom pokazał Rapsody, że wcale nie musi dostosowywać się do branży i konkretnych grup odbiorców, co umożliwiło nagranie takiego albumu jak Eve. Albumu, w którym z dumą prezentuje swój charakter i inspiracje. Dla niektórych słuchaczy takie porównania mogą być nieco bezczelne, ale Rapsody prezentuje je z ogromnym szacunkiem i odpowiednim dystansem.

Po latach szlifowania umiejętności na scenie, imprezach i w studiu – Rapsody ma absolutną kontrolę nad mikrofonem. Wie, jak najcelniej uderzyć wersem, jak posłużyć się metaforą czy kiedy jest czas na chwilę oddechu, a kiedy na odrobinę lirycznego cwaniactwa. Uwagę słuchacza wręcz wymusza pierwszym, świetnym, wielowarstwowym wersem na albumie, w którym przywołuje postać Emmetta Tilla. To też niejako ustawia odbiór całego dzieła – mamy do czynienia z albumem, który będzie wymagał uważnego słuchania, łapania w lot porównań i metafor, a ci mniej zaznajomieni z ważnymi postaciami w afroamerykańskiej historii niech lepiej uzbroją się w encyklopedię.

Rapsody zalicza się do elity obecnej sceny i tak jak dla największych – rapowanie jest dla niej absolutnie naturalną umiejętnością. Jest zdecydowana i pewna swoich umiejętności, sprawia, że przez większość czasu rapowanie wygląda na najłatwiejsze zajęcie pod słońcem. Muszę jednocześnie przyznać, że jej flow w pierwszej zwrotce kawałka Aaliyah wydaje mi się dziwnie dobrany, jakoś nie brzmi… Jest to natomiast wyjątek nie tylko na albumie, ale wręcz w jej karierze.

Rapsody ma „dojścia” do najsłynniejszych producentów w rapie – jej współpraca z DJ-em Premierem przyniosła już swoje owoce, krążą zdjęcia z sesji studyjnej z Dr. Dre. Myślę, że uzyskanie bitu od Neptunes, czy kogokolwiek innego, to kwestia jednego telefonu z jej strony. Jednakże taki album jak Eve wymagał innego podejścia. Wydaje mi się, że Rapsody potrzebowała komfortu psychicznego, by napisać takie utwory. Większość produkcji podzielona jest zatem między Erica G – związanego z wytwórnią Jamla od dekady, i 9th Wondera – stałego współpracownika raperki. Pierwszego z wymienionej dwójki łączy z Rapsody również chromestezja, zwana także „barwnym słyszeniem” – czyli „widzenie” muzyki w konkretnych kolorach. Dźwięki wywołują u takich ludzi wrażenia barwne lub odwrotnie – barwy przywołują dźwięki (na marginesie: Pharrell Williams też odbiera muzykę w ten sposób).

Proces twórczy odbywał się zatem w komfortowych warunkach, wśród „samych swoich”, wśród ludzi, z którymi doskonale rozumie się twórczo i towarzysko. Wiele wstępnych wersji utworów nagrywała też sama, w swoim domu. Raperka była również osobiście zaangażowana w stricte muzyczną stronę albumu – podsyłała producentom sample, pomysły i koncepcje. W mojej opinii, Eve jest brzmieniowo bardziej dostępne niż inne albumy Rapsody – więcej tutaj chwytliwych rytmów i melodii, utwory szybciej wpadają w ucho. Może dlatego to mój ulubiony jej album…

Eve zebrało bardzo pozytywne recenzje, chociaż nie aż tak entuzjastyczne jak Laila’s Wisdom. Odnoszę niestety wrażenie, że wzbudziło mniejsze zainteresowanie mediów głównego nurtu. To mnie niepokoi. Mam nadzieję, że z kolejnym albumem dostanie od nich więcej wsparcia, pomimo tego, że nie jest skandalistką, a jej życie osobiste pozostaje tajemnicą. Lubię Rapsody. Uważam, że tym albumem udowadnia kolejny raz, że zasługuje na wszystkie superlatywy, jakie padły na jej temat w ostatnich latach. Jednocześnie nie próbuje bezczelnie, samotnie rozsiadać się na tronie. Nie tylko składa hołd tym, dzięki którym stało się to możliwe, ale także zaprasza inne raperki do wspólnego świętowania sukcesów – w wywiadach podkreśla szacunek np. do Cardi B, tworzącej skrajnie inny rodzaj rapu. To ważne w kulturze hip-hopowej. Zdecydowanie zbyt często media zapędzają się w porównaniach, rankingach i przeciwstawianiu sobie twórców. Na scenie jest miejsce dla wszystkich, nie musimy wybierać, czy słuchamy Seana Price’a i Benny’ego the Butchera czy Playboia Cartiego i Young Thuga.

autor: Adam Tkaczyk

Tagi w artykule:

Powiązane artykuły

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO