Paweł Mańka
Felieton Słowo

Co zostanie z historii polskiego jazzu?

Obrazek tytułowy

grafika: Andrzej Wąsik

„Mam jedną odpowiedź: prawda. To było tak prawdziwe, że aż naiwne” – tłumaczył swój sukces Michał Urbaniak /1/. Co polscy artyści mogli wnieść do muzyki, której korzenie sięgają całkowicie obcych im kultur? Autentyczność, o której wspomina skrzypek, wydaje się być najbardziej prozaicznym wkładem, ale jak się okazuje – bardzo cennym. Joachim-Ernst Berendt rozpoczyna kanoniczną książkę Wszystko o jazzie, pisząc: „Jazz był zawsze sprawą mniejszości”. Trudno nie zgodzić się z tym poglądem, kiedy poznaje się historię rozwoju gatunku w Polsce. Tutejsze środowisko pokazywało siłę zawsze wtedy, gdy musiało reagować na zmieniające się realia. Przetrwało, bo na każdym etapie tych zmian, parafrazując Urbaniaka, pozostawało naiwnie prawdziwe.

W Polsce jazz zyskał popularność już w okresie międzywojennym, głównie za sprawą przemysłu filmowego. Nasz kraj stał się też schronieniem dla Żydów uciekających przed nacjonalistycznymi tendencjami, w tym najważniejszego trębacza tego okresu, Adolfa Rosnera. Wybuch drugiej wojny światowej zatrzymał rozwój gatunku, przynosząc wielu artystom śmierć lub zmuszając ich do emigracji. Po roku 1945 ocalałe skrawki jazzowego światka zamiast odradzać swój dorobek, zetknęły się z nowym ustrojem, którego ideologia wykluczała istnienie takiej muzyki. Nikt nie przypuszczał, że przejawy artystycznej działalności, domagając się prawa do niezależności, staną się częścią procesów demokratycznych.

Melodyki i hołgi-wołgi

Jako zaprzeczenie odgórnie wyznaczonych kanonów, granie jazzu w komunizmie okazało się znakomitym środkiem wyrażania odmienności. Bez wątpienia kamieniem milowym dla tożsamości gatunku w tej części Europy był I Ogólnopolski Festiwal Muzyki Jazzowej w Sopocie. Otwierając imprezę 6 sierpnia 1956 roku Leopold Tyrmand, spiritus movens popularyzacji nurtu, ogłosił: „W tej chwili (…) jazz jest już wielką epoką w historii muzyki (…), albowiem wyraża radości i smutki naszego pokolenia (…). Może nieco zbyt hałaśliwie, lecz cóż na to poradzimy, że ten cały wiek dwudziesty (...) jest hałaśliwy” /2/.

Muzyka, jak zwykło się mówić „wyszła z katakumb”, a do powszechnej świadomości przedostały się nazwiska Komedy, Kurylewicza, Ptaszyna Wróblewskiego czy Miliana. Wydarzenia jakie miały miejsce w Sopocie przywróciły poczucie zapomnianej wolności, którą później powtórzył festiwal jarociński. Słusznie stwierdził Michał Urbaniak, że wpuszczając do kraju jazz, władza podkopała fundamenty ustroju /3/. Opresyjny reżim nie był przy tym jedynym czynnikiem motywującym rozwój początkujących muzyków. Dla tych którym wpajano w tradycjonalistycznych szkołach, jak wspomina Jerzy Milian, że „melodyki i hołgi-wołgi [boogie-woogie] nie mają nic wspólnego z prawdziwą sztuką” /4/, odkrycie jazzu dało szansę na wyrażanie siebie.

Zrzut ekranu 2021-09-1 o 16.44.22.jpg rys. Andrzej Wąsik

Dziedzictwo Chopina

Nieważne w jakim zakątku świata zapytamy o znajomość polskiej muzyki, można w odpowiedzi spodziewać się, że rozmówca w odpowiedzi wymieni Fryderyka Chopina. O jego wielkości nie świadczy jednak tak popularność, jak spuścizna. „Chopina nie da się uniknąć grając cokolwiek. (…) Bycie inspirowanym Chopinem, bądź jego twórczością jest czymś innym niż granie jego kompozycji” – twierdzi Tomasz Stańko /5/. Leszek Możdżer nazwał pianistę największym improwizatorem swoich czasów dodając, że „gdyby żył dziś, byłby muzykiem jazzowym” /6/.

Krzysztof Komeda, prekursor nowoczesnego jazzu w ojczyźnie, również dostrzegał silne związki swojego stylu z dorobkiem dziewiętnastowiecznego kompozytora. Wskazywał przy tym na właściwą mu estetykę, która trwale przylgnęła do jego następców: „Wychowałem się na romantykach, a szczególnie na Chopinie. Dużo się mówi (...) o liryzmie mojej muzyki. Tej powszechnej skłonności Polaków chyba rzeczywiście i ja ulegam” /7/.

Kwintet Komedy w 1966 roku nagrał pewnie najistotniejszą dla środowiska jazzowego płytę. Astigmatic imponuje innowacyjnym podejściem do formy, rozszerzającym sposób myślenia o gatunku. „Siłą swej osobowości przekonał Komeda o potrzebie opanowania obszaru emocjonalnego, zarezerwowanego dotychczas dla wielkiej symfoniki” – napisał Adam Sławiński /8/. Płyta weszła do kanonu jako symbol polskiej szkoły jazzowej, definiując charakterystyczny dla niej słowiański idiom. Komeda uczestniczył także w kreowaniu europejskiej kinematografii, skomponował ścieżki dźwiękowe do 65 filmów. Gdyby nie śmiertelny wypadek, jego kariera mogła wznieść go na nieosiągalny dotąd dla polskich jazzmanów poziom.

Szczególny przykład romantycznego nurtu w pianistyce prezentował Mieczysław Kosz. Swoją twórczość nazywał „malowaniem nastroju”, co znakomicie oddaje ducha jego wrażliwej natury. Ten genialny muzyk, pomimo całkowitej utraty wzroku, dał się poznać jako nieprzeciętnie utalentowany pianista. Z pozycji „nowej twarzy” polskiej sceny, szybko wyrósł na ważnego jej przedstawiciela, a po występie na festiwalu w Montreux prasa entuzjastycznie porównywała go z Billem Evansem.

Dla Kosza szczególnie ważnym elementem repertuaru było chopinowskie Preludium c-moll, umieszczone na debiutanckim albumie Reminiscence z 1972 roku. Krystian Brodacki opisując utwór, zauważył, że trzeba „wielkiej kultury i intuicji, by zachować szacunek dla znakomitego pierwowzoru” /9/. Kosz wykazał w tej materii prawdziwe mistrzostwo. Niestety, również w tym przypadku osobista tragedia gwałtownie przerwała obiecującą karierę artysty.

Próby jazzowej interpretacji repertuaru autora mazurków w późniejszych latach okazały się równie korzystne w wymiarze zarówno artystycznym, jak i komercyjnym. Pierwszym, a jednocześnie największym sukcesem na tym polu, był wydany w 1994 roku przez trio Andrzeja Jagodzińskiego album Chopin. Produkcja okazała się muzycznym objawieniem, zgarnęła najważniejsze nagrody przemysłu fonograficznego. Podczas trasy koncertowej materiał przemierzył cały świat, wzbudzając pochlebne opinie zagranicznych krytyków. „Jego dzieło jest szczytem muzyki fortepianowej w prostej linii łączącym się z Tatumem i Powellem” – pisał w recenzji twórca kultowego The Penguin Guide to Jazz Brian Morton 10//. Jagodziński tłumacząc popularność podobnych projektów w jazzie, stwierdził: „żeby [Chopin] docierał do ludzi (…) potrzebny jest wykonawca, który wie, na czym ta muzyka polega. Według mnie jazzmani wiedzą to lepiej niż wykonawcy klasyczni” /11/.

Rozszczepiacze dźwięku

Po śmierci Komedy na wiodące postacie krajowej sceny wyrośli wywodzący się z jego kwintetu Zbigniew Namysłowski i Tomasz Stańko. W latach sześćdziesiątych grający na saksofonie Namysłowski dokonał rzeczy niezwykłej – jako pierwszy muzyk jazzowy z Polski nagrał płytę za granicą (Lola, 1964 rok, nakładem londyńskiej wytwórni Decca). Tomasz Stańko stwierdził, że „Namysłowski grał (...) metra, o których jeszcze wtedy nie śniło się McLaughlinowi” /12/. Choć artysta deklarował, że nigdy nie eksperymentował /13/, to tworzył muzykę daleką od mainstreamu. Oprócz doskonałego opanowania warsztatu wykonawczego (grał też na pianinie, flecie, wiolonczeli i puzonie), dał się poznać jako innowacyjny kompozytor, czego najdoskonalszym przykładem jest wydana w 1973 roku płyta Winobranie. Guru światowego jazzu Willis Conover nazywając go „gigantem”, dodał: „Każdy, kto pominie Namysłowskiego, pominie niezwykłe źródło kreatywności dwudziestego wieku” /14/.

Jeszcze w latach sześćdziesiątych Tomasz Stańko razem z pianistą Adamem Makowiczem prowadzili zespół Jazz Darings, który Joachim-Ernst Berendt określił jako „pierwsze combo free jazzowe w Europie” /15/. Kontynuując poszukiwania na tym polu w latach siedemdziesiątych (prowadząc autorski kwintet, a następnie kwartet), trębacz zdefiniował nowe kierunki muzyki improwizowanej na naszym kontynencie.

Zrzut ekranu 2021-09-1 o 16.45.19.jpg rys. Andrzej Wąsik

Michał Urbaniak wspominając wspólne granie z tego okresu, powiedział: „Tomka nazywano wtedy rozszczepiaczem dźwięku. Jak graliśmy razem, potrafił w fantastyczny, kreatywny sposób psuć nam porządek” /16/. Wydana w 1976 roku przez kwartet Stańki Balladyna rozpoczęła wieloletnią współpracę artysty z prestiżową wytwórnią ECM. Kolejne udane produkcje sygnowane monachijskim szyldem przyczyniły się do otrzymania przez Polaka w 2002 roku Europejskiej Nagrody Jazzowej.

Naturalnym procesem w sztuce jest dążenie do konfrontacji mistrzów z młodszymi adeptami. Im więcej nowych artystów podejmuje wartościowe próby zaistnienia w hermetycznym środowisku, tym lepiej dla jego jakości. W drugiej połowie lat siedemdziesiątych taką siłą był krakowski zespół Laboratorium, w którym doszukiwano się lokalnej odpowiedzi na Weather Report. Debiutancki album, wydany w 1976 roku Modern Pentathlon, udowodnił, że grupa oferuje znacznie więcej – operując własnym językiem, zaprezentowała w pełni autorskie podejście do jazz-rocka. Zespół wyrósł na czołowych przedstawicieli polskiego fusion, odnajdując rzesze fanów daleko poza ojczyzną. Mimo upływu lat ich kompozycje wciąż brzmią świeżo, imponując zwłaszcza innowacyjnym wykorzystaniem wokaliz Marka Stryszowskiego.

Na przestrzeni lat scena jazzowa rozwijała się, nierzadko łącząc się w przeróżne, międzypokoleniowe konfiguracje. Punktem zwrotnym okazały się lata dziewięćdziesiąte, kiedy grupa artystów z Trójmiasta i Bydgoszczy odrzuciła konwenanse i zapoczątkowała nowy, bezkompromisowy nurt pod nazwą yass. Spośród wielu, często jednorazowych formacji, czołową grupą ruchu została Miłość, współpracująca później z legendą amerykańskiej awangardy – trębaczem Lesterem Bowiem. Wydany przez nią w 1993 roku debiutancki krążek Miłość zaburzył hierarchię jazzowego środowiska. Powstanie yassu konkretyzowało oczekiwania wobec transformacji ustrojowej, po raz kolejny udowadniając, że muzyka nie jest obojętna wobec zmian zachodzących w społeczeństwie.

Get me that fuckin’ Polish fiddler! /17/

Nietrudno zauważyć, że kategorią, w której wkład polskich artystów w rozwój światowego jazzu pozostaje bezsprzeczny, jest wiolinistyka. Nie ma się co oszukiwać – na każdego genialnego pianistę z Polski przypadnie dziesięciu geniuszy z zagranicy. Zaś w przypadku jazzowych skrzypiec ciężko znaleźć poza naszą ojczyzną kraj, z którego wywodziłoby się tylu wizjonerów tego instrumentu.

Nie ma większego sensu hierarchizować wkładu w rozwój opisywanej dziedziny poszczególnych wykonawców, każdy bowiem prezentował do niej autorskie podejście. Kluczową jednak rolę dla promocji polskiej jakości za oceanem odegrał Michał Urbaniak. Jakkolwiek osłuchany wydaje się to slogan – trzeba podkreślić, że jest jedynym rodakiem, który pojawił się w zespole Milesa Davisa (udział w sesji nagraniowej albumu Tutu). Zawarty w śródtytule cytat udowadnia, że wielki trębacz miał świadomość pochodzenia artysty.

Odkładając na bok ten, jakkolwiek bezprecedensowy, epizod, trzeba podkreślić, że zasługi Urbaniaka są dużo bardziej globalne. Przebywając w Stanach Zjednoczonych, współtworzył nurt fusion, czego najlepszym dowodem było zainteresowanie nim wytwórni Columbia. Współpraca rozpoczęła się w 1974 roku wydaniem albumu przełomowego Fusion. Urbaniak miał także istotny udział w powstaniu Mourner's Rhapsody Czesława Niemena. Nie można zapomnieć też, że to właśnie on odkrył dla świata takich wykonawców jak Marcus Miller czy Kenny Kirkland.

Równolegle brawurową karierę rozwijał Zbigniew Seifert. Zafascynowany muzyką Johna Coltrane’a, początkowo funkcjonował (podobnie jak Urbaniak) jako saksofonista, z czasem udowodnił jednak, że brzmienie skrzypiec znakomicie pasuje do jazzowego combo. Sukcesy osiągane z kwintetem Tomasza Stańki przełożyły się na zainteresowanie czołowych muzyków europejskich, a McCoy Tyner z uznaniem stwierdził, że nigdy nie słyszał takiego skrzypka18.

W 1977 roku artysta nagrał autorski album Man Of The Light, uznany przez japoński magazyn Swing Journal najlepszym nagraniem skrzypcowym dekady. Podpisanie kontraktu z wytwórnią Capitol umożliwiło Seifertowi wyjazd do Stanów Zjednoczonych. Muzyk szybko nawiązał kontakt z czołówką sceny nowojorskiej. Niestety ciężka choroba, a w konsekwencji śmierć, nie pozwoliły w pełni zrealizować się jego talentowi.

Co nam zostało po wielkich mistrzach?

Oczywiście trzeba zadać pytanie, czy ogromny potencjał polskiego jazzu w pełni się zrealizował? Jak już wspomniałem, ważni przedstawiciele gatunku przedwcześnie odeszli z tego świata. Krzysztof Komeda (w wieku 37 lat), Mieczysław Kosz (w wieku 29 lat), Zbigniew Seifert (w wieku 32 lat) oraz Marek Bliziński (w wieku 41 lat) – każdy z nich miał perspektywę wielkiej kariery. Nie bez znaczenia była też sytuacja polityczna w tej części Europy. Obie wojny światowe zabrały życie wielu wykształconym muzykom, a reżim komunistyczny konsekwentnie hamował możliwości rozwoju czy zagranicznych wyjazdów. Myślę więc, że o sile rodzimego środowiska świadczy to, jak pomimo tych przeciwności potrafiło ono zaistnieć na arenie międzynarodowej.

Najlepszym dowodem jakości polskiej szkoły, której podwaliny tworzyły wspomniane w tym tekście legendy, są sukcesy aktualnego pokolenia. Co miesiąc na łamach JazzPRESSu, opisując kolejne premiery płytowe, uświadamiamy, że dawny potencjał procentuje właśnie dziś. Młodzi muzycy, mierząc się z dorobkiem mistrzów, odnajdują własne ścieżki rozwoju. Co ważne, chętnie sięgają po instrumenty, które od lat były polską specjalnością. Warto wskazać na rozkwit dziedziny skrzypiec jazzowych, której kolejni przedstawiciele osiągają światowy rozgłos, zachęcając następnych adeptów do poszukiwania nowych rozwiązań dla tego instrumentu. „Kiedyś wiadomo było, że polskich [płyt] się słuchało, żeby wiedzieć, co się dzieje, a amerykańskich, żeby sobie zrobić przyjemność. Teraz nie ma różnicy” /19/ – podsumował Jan „Ptaszyn” Wróblewski.

Czy obraz światowego jazzu istotnie zmieniłby się bez wkładu Polaków? Oczywiście, że nie – każdy artysta chciał przecież równać do amerykańskich kolegów, którzy zawsze wyznaczać będą standardy. Jednak historia tej muzyki pokazuje, że, jak żaden inny gatunek, podlega ona ciągłym zmianom. Jest sumą talentów wielu artystów, tworzących w różnych czasach oraz miejscach na świecie. Wyłączenie z tego grona jednego nazwiska, choćby minimalnie, zubożyłoby ten wspaniały i zróżnicowany twór. Zresztą dla Johna Coltrane’a wykonującego Invitation, czy Milesa Davisa sięgającego po On Green Dolphin Street, nie miało znaczenia, jakiej narodowości był ich autor, nasz rodak Bronisław Kaper. Liczyło się to, że oba te utwory były po prostu dobre.

.................. /przypisy/

  1. JazzPRESS, 03/2015, s. 95
  2. Marcel Woźniak, Biografia Leopolda Tyrmanda, s. 226
  3. Andrzej Makowiecki, Ja, Urbanator, s. 33
  4. Jerzy Milian, Wiem i powiem, s.35
  5. JazzPRESS, 09/2014, s. 66
  6. Radio Chopin, odcinek 96
  7. Jerzy Radliński, Obywatel Jazz, s. 135
  8. Adam Sławiński, opis zamieszony na pierwszym wydaniu albumu Astigmatic
  9. Krystian Brodacki, opis zamieszony na pierwszym wydaniu albumu Reminiscence
  10. Za www.jagodzinski.art.pl
  11. JazzPRESS, 03/2016, s. 103
  12. Rafał Księżyk, Desperado, s. 35
  13. 12 JazzPRESS, 09/2012, s. 76
  14. Za www.culture.pl
  15. Jazz Forum, nr 48 4/1977, s.19
  16. 15 JazzPRESS, 03/2015, s. 92
  17. Andrzej Makowiecki, Ja, Urbanator, s. 180
  18. Aneta Norek-Skrycka, Man of the light, s. 140
  19. JazzPRESS, 12/2016, s. 109

Autor artykułu: Kuba Krukowski

Artykuł ukazał się w gazecie JazzPRESS, 2018 rok

Tagi w artykule:

polecane

newsletter

Strona JazzPRESS wykorzystuje pliki cookies. Jeżeli nie wyrażasz zgody na wykorzystywanie plików cookies, możesz w każdej chwili zablokować je, korzystając z ustawień swojej przeglądarki internetowej.

Polityka cookies i klauzula informacyjna RODO